Reklama

Reklama

Owczy pęd opozycji w poszukiwaniu punktów

Zauważyliście, jak szybko i nagle zmieniła się o 180 stopni narracja? Jeszcze kilka dni temu opozycja, zwłaszcza media z nią związane, mówiła o prowokacji Łukaszenki, dyktatora Białorusi, której trzeba się przeciwstawić.

"Ludzie z naszej granicy nie płynęli gumowymi łódkami przez morze, nie biegli pod bombami. Nie byli ścigani. Oficjalnie uzyskali paszporty, dostali białoruskie wizy turystyczne i kupili 'wycieczki' do Mińska (po 5 tys. dolarów). To dwuletnia średnia w Syrii. Wsiedli w boeingi i przylecieli. Łukaszenka pcha ich na Zachód. Zmontował taką pompę ssąco-tłoczącą ludzi, żeby wywołać kryzys w Europie, zmusić nas do odwołania sankcji, czyli, byśmy przymknęli oczy na to, co wyrabia ze swoimi poddanymi. W tę grę z bandytą nie grajmy, bo go tylko ośmielimy i będziemy mieć na granicy nie 50, a 5 tys. ludzi. A on zapowiada, że jeszcze zaleje nas narkotykami".

Reklama

Kto to napisał? Polityk obozu rządzącego? Komentator pisma sympatyzującego z tym obozem? Nie, napisał to na Facebooku dziennikarz związany z "Gazetą Wyborczą" Wacław Radziwinowicz, dawny korespondent tej gazety w Moskwie.

Polityczny teatr

Dlaczego go cytuję na początek tekstu? Czy nie mam własnego osądu tej sytuacji? Mam, aczkolwiek jest on bardziej świadomy tragizmu i niejednoznaczności sytuacji niż zazwyczaj. Cytuję Radziwinowicza, bo przekracza on granice politycznego teatru, jaki od paru dni rozgrywa się w Polsce wokół grupy uchodźców zablokowanych na granicy z Białorusią.

Jest jeszcze poseł Marek Biernacki z Koalicji Polskiej czy eksperci z Ośrodka Studiów Wschodnich - mówią to samo co Radziwinowicz, też ponad podziałami. Ich głos jest jednak przytłumiony przez chór politycznych krzyków.

Zauważyliście, jak szybko i nagle zmieniła się o 180 stopień narracja? Jeszcze kilka dni temu opozycja, zwłaszcza media z nią związane, mówiła o prowokacji Łukaszenki, dyktatora Białorusi, której trzeba się przeciwstawić.

Wystarczyły obrazki z upadku i panicznej ewakuacji Kabulu, budzące grozę, ale i odruchy solidarności, aby ktoś dostrzegł w tym szansę napiętnowania rządu, który ośmiela się pilnować własnej granicy. Mamy apele o jej otwarcie przed Afgańczykami nie tylko czołowych polityków opozycji, ale i znanego wrażliwca Leszka Balcerowicza. Tłumek posłów pomknął na granicę z pomocą, oczywiście wraz z kamerami sympatyzujących z nimi telewizji.

A PiS? Ten jak zwykle pomógł swoim przeciwnikom. Wicepremier Piotr Gliński mechanicznie zareagował w Polsacie: "Będziemy bronić swoich granic przed uchodźcami.". Nie mógł się zdobyć na uwagi pobrzmiewające większą empatią?

Donald Tusk natychmiast spytał, czy ci biedni ludzie wypowiedzieli nam wojnę. Były też nacechowane początkowym chaosem i brakiem empatii wypowiedzi między innymi samego premiera na temat wywiezienia z Afganistanu ludzi, którym naprawdę grozi śmierć, bo pomagali obcym (między innymi naszym) wojskom. Podstawili się politycy obozu rządowego koncertowo.

To jest granica Europy

Niemniej każdy, kto się po sto razy oburzył na Piotra Glińskiego, powinien się zmierzyć z inną oczywistością. Nie jest tak jak w roku 2015. Prezydent Francji Emmanuel Macron i sekretarz generalny niemieckiej chadecji Andreas Scheuer przestrzegli teraz przed niekontrolowanym napływem uchodźców. Zrobili to wyraźnie pod wpływem zdarzeń w Afganistanie. Wszystko wskazuje na to, że kanclerz Angela Merkel zgadza się z tym stanowiskiem.

Czy więc zatrzymywanie przez polską straż ludzi podsyłanych nam przez Łukaszenkę nie jest częścią obecnej polityki Europy wobec imigracji? Czy pierwsza nie zaczęła grodzić swoich granic tak często chwalona przez polską opozycję za unijną poprawność Litwa? To są pytania niewygodne dla opozycji, która szuka dziś jednego. Strzelenia pisowskiemu rządowi kilku goli, nawet za cenę kompletnej absurdalności własnych łamańców.

Oczywiście, mamy zarazem splot tragicznych paradoksów. Polacy mogą spytać, dlaczego wpuszczamy uchodźców z samolotów, a nie tych z granicy. Można im tłumaczyć, że ci z granicy wyruszyli nieco wcześniej (i jak pisze Radziwinowicz, "wykupili wycieczki"). Że kwestią otwartą jest możliwość zweryfikowania ich jako uciekinierów politycznych (w Afganistanie zrobić to było łatwiej). Że są wśród nich także ludzie z Iraku. Ale to wszystko brzmi tak bardzo skomplikowanie, i zresztą bez pointy. Łatwiej słać bombastyczne protesty.

Wstydzę się tego

Na pewno, dramat Afganistanu wymaga rozwiązań nie zero-jedynkowych, także w stosunku do uchodźców. Absurdalną wydała mi się wypowiedź koordynatora służb specjalnych Macieja Wąsika, że dobijają się do nas przede wszystkim młodzi mężczyźni. W przypadku ucieczek z powodów politycznych musi tak być. Tu politykę próbują grać wszyscy, także rządzący.  Tymczasem pat na granicy powinien być rozwiązany przez wszystkie siły polityczne razem, i w jakiejś konsultacji z Unią.

Ale owczy pęd opozycji, która szuka jednego: punktów politycznych, też z pewnością do znalezienia takich rozwiązań nie prowadzi. Wstydzę się życia publicznego na takim poziomie. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy