Reklama

Reklama

Nie uklękli na Wembley. I dobrze!

Co wymaga zbiorowego kajania się za historię, a co obciąża tylko jednostki? I czy wrzucanie Polaków do jednego worka z Brytyjczykami nie jest rasizmem czystej wody?

"Nie ma, twierdzi liberalna lewica, odpowiedzialności zbiorowej i winy zbiorowej (np. za komunizm) i nie ma 'rasy', ale polscy piłkarze mają klękać na stadionie za 'winy białych'?" - pisał na kilka dni przed meczem Polska-Anglia na Wembley eurodeputowany PiS Zdzisław Krasnodębski. Profesora Krasnodębskiego często ponosi polityczny temperament. Ale tym razem akurat w pełni się z nim zgadzam. 

Nie oszukujmy się, wielu z nas zasiadło do tego meczu z podwójną ciekawością: jak poradzi sobie polska reprezentacja bez Roberta Lewandowskiego, i czy nasi uklękną. Zaskakująco wojowniczy komentarz nie kojarzonego z konserwatywnymi odruchami Zbigniewa Bońka coś zapowiadał, ale pewności nie było.

Reklama

Prezes PZPN powiedział, że Polacy klękają tylko przed Panem Bogiem. Przypomnijmy, że brytyjskie drużyny ligowe i reprezentacje (jest jeszcze Walia i Szkocja) traktują klękanie na jedno kolano  mające wyrażać ubolewanie z powodu rasizmu wobec kolorowych, jako trwały obyczaj - od czasów ostatnich zamieszek rasowych w USA. Podobnie jest podczas rozgrywek sportowych w samej Ameryce.

Dobre do memów

Zasiadłem więc ze znajomymi przed ekranem i... prawdę mówiąc przeoczyliśmy moment, kiedy uklękli Anglicy. Myśleliśmy, że to się dzieje wcześniej, kiedy obie drużyny są w jednym miejscu. Ale nie, oni to robią w ostatniej chwili przed sędziowskim gwizdkiem, już roztasowani na boisku. Powiadomiła mnie o tym dopiero fotka podesłana podczas meczu przez znajomego.

Ta fotka szybko stała się tematem memów: po jednej stronie boiska klęczący Anglicy, po drugiej stronie stojący Polacy. Szybko zaczęto dodawać podpis: "Marzec 2021, Londyn: 11 angielskich reprezentantów przeprasza polską delegację za wrzesień 1939, Teheran, Jałtę i powojenną Paradę Zwycięstwa".

Dlaczego sam ten obyczaj uważam za co najmniej dziwny? Nie zdołaliśmy się umówić, co przypomina Krasnodębski, co do samej zasady. Czy jest coś takiego jak odpowiedzialność zbiorowa i kiedy ona obowiązuje?

Za co przepraszać i kogo?

Nasza lewica, de facto i ta postkomunistyczna, i ta z przeszłością solidarnościową, przekonywała nas na przykład, że bicia się w piersi za komunizm, system zbrodniczy, nie można oczekiwać od dzieci dawnych komunistów, a właściwie to i od nich samych. W innych sferach jednak przepraszano w imieniu całego narodu, jak prezydent Bronisław Komorowski, za współudział garstki ludzi polskiej narodowości, w zbrodni w Jedwabnym. Nota bene Aleksander Kwaśniewski wcześniejszym swoim przeprosinom nadał bardziej dyplomatyczną postać. Za to Komorowski kajał się za wszystkich Polaków.

Nie rozstrzygnęliśmy kwestii ciągłości różnych form odpowiedzialności za zdarzenia historyczne. Można się też do woli zastanawiać, czy Brytyjczycy ponoszą odpowiedzialność za rasizm w Ameryce, podobno na tyle żywy, że pcha policję amerykańską do brutalności? Albo za segregację rasową obecną w USA do lat 60? Powiedzmy jednak, że to ekspiacja za kolonializm. Londyn i Paryż to dwie stolice dawnego imperializmu.

Po pierwsze jednak, co z tym mają wspólnego Polacy, Czesi czy Węgrzy? Uznanie ich za współodpowiedzialnych tylko z powodu koloru skóry, byłoby rasizmem czystej wody. Można oczywiście doszukiwać się rasowych uprzedzeń w narodach Europy wschodniej. Zapewne na nie trafiamy. Ale czy czarni albo żółci ich nie odczuwają wobec innych ras? Czy to domniemanie to wystarczający powód do korzenia się?

Idźmy dalej, dlaczego rasa, kolor skóry, ma być podstawą do trwałego przepraszania, a winy poszczególnych narodów już nie? Paradoksalnie przypomina o tym ów mem. Zostawmy już winy Anglików wobec Polski. Gdyby uznać, że tak jest, Niemcy powinni wciąż klękać przed prawie całą Europą. Rosjanie przed jej znaczną częścią. Przecież wspólnota narodowa jest czymś znacznie bardziej oczywistym od rasowej.

Współcześni hunwejbini

Ten gest klękania, skądinąd sam w sobie jest mało logiczny, ale może i niewinny. To pisarz Jerzy Sosnowski napisał kiedyś, ale przy okazji dyskusji nad rozliczaniem komunizmu, że lepiej się poczuwać do winy za często niż za rzadko. Gest jawi się jako część drogi donikąd dopiero w kontekście innych przejawów "walki z rasizmem".

Od zwalania pomników bez rozeznania, co jest zasługą danej postaci historycznej, a co uwarunkowaniem jej epoki, aż po bezsensowne poddawanie kultury europejskiej (czy może szerzej judeochrześcijańskiej) ciągłym czystkom. Cenzurowanie książek i filmów, albo wyklinanie naszej muzyki jako zbyt "białej", albo wątpliwości wobec matematyki jako "rasistowskiej". To już nie jest niewinne. To droga do absurdalnego ogłupienia, nowy hunwejbinizm, może groźniejszy od komunistycznego, bo przyjmowany przez część zachodnich elit całkiem dobrowolnie, bez rewolucji.

Oczywiście do przewidzenia było, że polscy aktywiści lewicy kulturowej typu redaktorów "Krytyki Politycznej" czy posłanki Klaudii Jachiry to skrytykują. Choć co znamienne, "Gazeta Wyborcza" czy TVN na razie nie uderzają w te tony. Nie wiem, ile z tego wszystkiego dotarło do polskich piłkarzy. Tak jak Czesi w meczu z Walią wskazali oni na swoje antyrasistowskie naszywki na koszulkach, ale na pełny rytuał politycznej poprawności, mechaniczny, rutynowo wymuszany, nie poszli. I dobrze.  

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL