Reklama

Reklama

Między "hucpiarzami" i "panikarzami"

Dziś jest czas pandemicznego alarmu. A jednak przysłowie z czasów PRL - "nadgorliwość gorsza jest od faszyzmu" - nie straciło dla mnie aktualności.

- Przecież oni teraz szczepią ludzi na potęgę po to, żeby móc ich do wyborów - że tak powiem - przygotować w odpowiednim czasie - powiedział Szymon Hołownia, lider Polski 2050. Dodał też: - Dobrze, że szczepią, oczywiście że dobrze; natomiast jedno z drugiego też może wynikać.

Ta wypowiedź na progu epidemiologicznego kataklizmu i kolejnego lockdownu, ma szansę być jedną z najbardziej absurdalnych, jaką politycy zaserwowali nam przy okazji pandemii. Jest ona też przejawem obrotowej chytrości: gdyby rządzący nie szczepili, też należałoby ich zaatakować.

Reklama

Rząd nie na pałę

Skądinąd nie raz i nie dwa opozycja atakowała system szczepień jako nieskuteczny i sypiący się, co miało być winą rządu. Tak twierdził choćby jeden z politycznych protektorów Hołowni Roman Giertych - oburzyło to nawet komentatorkę "Gazety Wyborczej" Dominikę Wielowieyską. Okazuje się jednak, że ta sama rzeczywistość może być przedmiotem twórczości w dowolnym kierunku. W końcu dziś opozycja mówi, wprawdzie nie jednym głosem, o spóźnionym lockdownie. Wczoraj współczuła pokrzywdzonym przez zamykanie ich biznesów przedsiębiorcom. Skądinąd premier anonsował domknięcie lockdownu także z przekazem mocno politycznym.

Polityka polega tu nie tylko na wypominaniu rządowi przez opozycję wpadek i nieskuteczności,  a opozycji przez rząd - demagogii i żerowania na nieszczęściu. Na epidemiczne rygory nakładają się też ideowe przepychanki. Oto znów wróciło wezwanie do całkowitego zamknięcia kościołów. Ale nawołujący do tego nie pytają, dlaczego pozostawia się otwarte księgarnie. Może z tego samego powodu - w uznaniu, że przy ograniczeniach dotyczących liczby odwiedzających nie można człowieka odciąć do końca od strawy duchowej?

Naturalnie spory wokół pandemii trwają od miesięcy i dotyczą wszystkiego: przede wszystkim skuteczności restrykcji i całej polityki rządowej. Od razu zastrzegę, że będąc często tej polityki surowym krytykiem (groteskowa przymiarka do wyborów w maju zeszłego roku, bagatelizowanie zagrożeń potem, bo trzeba wybrać Andrzeja Dudę, prawne niechlujstwa), nie oceniam wysiłków ekipy Morawieckiego na pałę. Widzę jego błędy i jego szamotaninę na tle błędów i szamotaniny innych krajów. I widzę, jak wszyscy dopiero uczą się tego wirusa.

Za małą mam wiedzę, aby odpowiedzieć na pytanie, czy dałoby się walczyć z covidem punktowo, metodą masowej inwigilacji - jak w krajach wschodniej Azji. Polska robi to co inne kraje Europy, co nie wyklucza i różnic między nimi i błędów.

Zapomniane rękawiczki

Warto mieć świadomość, że wszyscy się do wirusa w jakiejś mierze przyzwyczajamy. Pierwszy lockdown wprowadzano wiosną zeszłego roku przy pięciu zgonach i kilkuset przypadkach  zakażenia. Dziś dziennie umiera z ich powodu kilkaset osób, a nie tylko ulice nie opustoszały całkiem, ale też rząd waha się przed powtórką spektaklu pod tytułem: "Zakaz wychodzenia z domu". Wtedy wprowadził go gładko i nie napotkał oporu.

Wszyscy nie jesteśmy konsekwentni, co znajduje czasem odzwierciedlenie w stosowaniu lub niestosowaniu różnych przepisów. Przykładowo: kto dziś pamięta, że w marcu ubiegłego roku kazano nam zakładać w sklepach i różnych instytucjach poza maseczkami także rękawiczki. Zapomniała o tym i władza i zwykli Polacy.

W pewnych sprawach nauczyliśmy się być uważni dopiero po miesiącach, w innych straciliśmy czujność. Co do wielu rzeczy wciąż nie mamy pewności.  Czytam równoległe wywiady z dwoma znanymi epidemiologami, jednymi z tych, którzy zmienili się w telewizyjnych celebrytów. Jeden z nich utrzymuje wciąż, że jesienią to szkoły były głównym ogniskiem zakażeń i że trzeba je trzymać zamknięte, jak długo się da. Drugi - przeciwnie - podważa to i bagatelizuje. Sam rząd się w tej sprawie waha. Były wypowiedzi ministra Przemysława Czarnka, który zapowiadał rychły powrót do szkół właśnie w oparciu o to drugie stanowisko. Pewność, co do roli szkół była zresztą kwestionowana przez brytyjskie badania.

Wskazuję na te wszystkie niejasności - powtórzmy - nie po to aby podważać zasadniczy kierunek przyjęty przez Polskę za niemal całą Europą (niemal, bo wbrew powtarzanym informacjom Szwecja wciąż większości restrykcji nie wprowadziła). Wydaje mi się dość oczywiste, że emisję wirusa trzeba próbować ograniczyć. I pewnie nie zamykać powtórnie lasów, ale nie ulegać pseudowolnościowym fantazjom. Dziś samo doświadczenie je podważa. Choć Konfederacja, namawiająca obywateli do obchodzenia restrykcji, ba, do paraliżowania prac Sanepidu, kończy, protestując przeciwko bezsilności służby zdrowia, której brakuje karetek, ludzi i miejsc pod respiratorami. Trudno mi sobie wyobrazić bardziej bezczelną postawę.

W Polsce podziały na tle stosunku do covidu są bardziej skomplikowane niż, powiedzmy, w Ameryce. Konserwatyści nie ufający nauce, lekarzom i międzynarodowym instytucjom jednoczą się w oporze wobec rządowych rozporządzeń z ludźmi przekonanymi, że gospodarkę zamyka PiS żeby udręczyć obywateli. A po drugiej strony część prawicy ufa rządowi lub łatwiej akceptuje zakazy, ale stając w tej jednej sprawie ramię w ramię z liberalnymi lub lewicowymi moralistami.

Herezje "hucpiarzy"

Dwie potężne narracje (z wieloma ludźmi pozostającymi pośrodku lub z boku) dadzą się zrekonstruować na podstawie mniej nawet wypowiedzi polityków, bardziej strumienia zbiorowych świadomości płynących non stop w internecie. Nie brakuje tam nonsensów lub opinii, delikatnie mówiąc, ułomnych - im bardziej wszyscy stajemy się "specami od epidemii". Przytoczmy kilka przykładów.

Ciężko w to uwierzyć, ale opinia, że covid nie jest problemem, a ludzie umierają przede wszystkim z powodu zablokowania innych segmentów służby zdrowia, ma wciąż solidne masy wyznawców. Zdają się temu przytakiwać politycy Konfederacji i głównie internetowi, ale jednak komentatorzy z nieraz znaczną publiką.

Zresztą nawet tak poważne tytuły jak prawicowy tygodnik "Do Rzeczy" budował pełną niedopowiedzeń kampanię na rzecz rezygnacji z restrykcji. Rafał Ziemkiewicz napisał, że pandemiczna psychoza to przede wszystkim produkt panikarskich materiałów w mediach. Gdyby ich nie oglądano, nie byłoby problemu covidu. A teraz jego redakcyjny kolega Piotr Semka znalazł się pod respiratorem.

Czy można wierzyć, że ludzie nie chorują na covid, a umierają z innych przyczyn, jak uparcie dowodzi szczególnie agresywny covidowy negacjonista, gwiazdor prawicowy w necie, Marcin Rola? Oczekuję od niego choćby hipotezy, dlaczego na całym świecie rządy i służby uparły się fałszować statystyki. I odpowiedzi na pytanie, kiedy inna "zwykła" choroba zagroziła niemal kompletnym zajęciem szpitalnych łóżek i respiratorów? Która choroba trzymała szpitalne karetki w wielogodzinnych kolejkach? Ktoś to wszystko zaaranżował dla zabawy? A jeśli nie dla zabawy, to po co?

Istnieje bardziej elegancka postać antycovidowego buntu. Owszem, wirus istnieje, ale wystarczyłoby stosować wobec niego zwykłe sanitarne rygory, dowodzą niektórzy "wolnościowcy". Faktycznie latem zeszłego roku rząd nie próbował egzekwować tego, co z restrykcji pozostało, choćby maseczek w sklepach i środkach komunikacji? Czy to jednak wystarczy aby twierdzić, że stan swoistego rozejmu między społeczeństwem i chorobą, był do utrzymania, gdyby doszło do energiczniejszych akcji policji? Nie widzę dowodów na to, zwłaszcza, że kolejne fale następują w krajach o odmiennych tradycjach, i odmiennych reżymach sanitarnych. I skądinąd takie akcje policji wolnościowcy też okrzyknęliby tyranią.

Przykładowo, ja jestem sierotą po knajpach i bardzo współczuję ich właścicielom. Ba, uważam wizję ich upadku za narodową tragedię. Niemniej teza, że dałoby się je prowadzić w warunkach surowego reżymu sanitarnego, przed masowymi szczepieniami, to złudzenie. Oczywiście nad poszczególnymi miejscami można dyskutować - myślę o kinach, teatrach czy hotelach. Niemniej w tej chwili ta dyskusja ma średni sens. Naprawdę zbliżamy się do katastrofy.

Jest jeszcze jeden element anycovidowej herezji, który powraca. Teza, że to zwiększenie liczby testów produkuje kolejne zachorowania. Zdecydowaną większość testów aplikuje się ludziom z objawami choroby. Pęd ku testowaniu to po prostu konsekwencja gorszego samopoczucia coraz większych grup. Jestem zażenowany, że muszę tłumaczyć takie oczywistości.

Ludzi, którzy zamykają uszy na oczywistości, nazywam "hucpiarzami". Mają kłopot z logicznym myśleniem, trudno mi więc szanować ich stanowisko. Rozumiem tych, którzy rozpaczliwie bronią swoich miejsc pracy, dorobku życia, miejsca, a czasem sensu istnienia w społeczeństwie. Ci dla których to swoista ideologia, są jednak groteskowi i szkodliwi.

Co nie znaczy, że nie widzę problemów ze stanowiskiem innej grupy: "panikarzy". Nie są dziś symetrycznym zagrożeniem. Ale nie we wszystkim mają rację. Czasem też przez swoją histerię, fobie, raczej szkodzą polityce, której bronią.

"Panikarze" na start

Przykładowo, doktor Michał Sutkowski snujący z wyraźnym upodobaniem wizje wojska i policji zaganiających ludzi do domów, raczej zwiększył nastroje antyrestrykcyjne, z którymi rząd musi się po trosze liczyć. A innemu medycznemu celebrycie, profesorowi Andrzejowi Horbanowi PiS być może podziękuje za kolejne przegrane wybory. Ciężko bowiem znieść takie bon moty jak ten o przedsiębiorcach, którzy "niech się zajmą produkcją maseczek, a będą znowu zarabiać".

Jakie są ich modelowe kiksy? Po pierwsze, nieustannie powtarzana teza, że Polacy sami są sobie winni, że masowo łamią restrykcje. Rozumiem, że kryje się za tym jakaś pedagogika, prewencja. Nie wiem jednak, czy w tym przypadku lekarstwo nie jest gorsze od choroby.

W ciągu ostatnich miesięcy spotkania z ludźmi bez maseczek mogę policzyć na palcach obu rąk, a jestem ruchliwy. Ważniejsze, że przykłady podawane przez media czy przez ekspertów są zawsze jednostkowe, dotyczą wąskich grup ludzi. Rozumiem, że "panikarze" reagują na każdy z nich emocjonalnie.

Ich wiara w społeczeństwo zapędzane skutecznie na miesiące do domów jest skądinąd złudzeniem. W wielu wypadkach sprzecznych z realiami społecznymi i gospodarczymi. Ale i z naturą ludzką. Przede wszystkim jednak trzecia fala przyszła w momencie, kiedy Polacy nie robili w swojej masie niczego niestosownego.

Dziwienie się, a robili to i medyczni celebryci, i minister Niedzielski, że ci Polacy ruszyli jeździć na nartach, kiedy im na to pozwolono, to absurd. Ale też trzeba poszukać innych przyczyn nawrotu epidemii niż powracająca wizja rozwydrzonej młodzieży. Może rozmaite zachowania jednostek spragnionych kontaktu i zabawy miały jakieś znaczenie, ale w moim przekonaniu nie podstawowe.

Innym mitem "panikarzy" jest wizja Europy stosującej jednolicie lockdowny, za wyjątkiem jednej Polski. Restrykcyjny skądinąd profesor Krzysztof Tomasiewicz, epidemiolog z Lublina, przypomniał w Polsacie, że sam efekt zamknięcia nie daje się sprowadzić do wspólnego mianownika. Portugalia odniosła sukces i zaczęła się przymierzać do rezygnacji z restrykcji, ale już Czechy trwają w permanentnym klinczu, pomimo drakońskich metod.

Przeczytałem relację pewnej Polki z Anglii twierdzącej, że Polacy lekceważą sobie niebezpieczeństwo, a jej nowa ojczyzna jest wzorcem skutecznego lockdownu. Owszem, wcześniej zamknięto tam większość sklepów, co było zresztą odreagowaniem błędnego trwania przy "wolnościowym" modelu walki z pandemią z wiosny ubiegłego roku.

Ale na przykład szkoły podtrzymywano do stycznia. Polska - ledwie do października. To jest zresztą przykład staranniejszego wybierania priorytetów tam niż u nas. Mając przed sobą straszny wybór:  otwarte szkoły czy rozmaite biznesy, szczególnie rozrywkowe, wybrałbym to pierwsze. W Polsce zrobiono na odwrót. Słyszymy o nawrocie lockdownu w Belgii. Tam również dopiero teraz przerwano pracę szkół, w tym także wyższych uczelni, które w Polsce ochoczo przeszły na zajęcia zdalne chyba już na zawsze. Co nie przeszkodziło pracownikom naukowym stawić się na początku kolejki do szczepionek.

"Panikarze" wierzący w surowy reżym na Zachodzie powinni doznać szoku, kiedy niemiecka kanclerz Angela Merkel przeprosiła obywateli za pomysł pełnego lockdownu podczas Wielkanocy. To nie jest argument za pandemiczną anarchią. Ale za uwzględnianiem do pewnego stopnia realiów, nastrojów - już tak.

Ci "panikarze" nie są dziś głównym problemem, bo mamy czas wymagający alarmu. Ale przyznam szczerze, nie przepadam za ich najbardziej emocjonalnymi reakcjami. Kiedy czytam zrzędliwe wpisy kolejnych, zdawałoby się poważnych znajomych, o tym, że ich sąsiedzi (z którymi nigdy się bezpośrednio nie zetkną) urządzają domówkę, to z jednej strony rozumiem ich lęk. Z drugiej wiem, że lęk podsyca pokusę odruchów autorytarnych.

Teraz nie jest to groźne. Groźne może stać się, gdy będziemy (a miejmy nadzieję, że będziemy) urządzać Polskę po lockdownie. Ludzie gotowi zmienić życie innych w piekło, w imię bezpieczeństwa, nie zmieniają swoich nawyków.

Sam dziś wyprosiłem sąsiada, kiedy pakował mi się do windy bez maski. Przestrzegam rygorów, w szczególności szanuję cudze obawy, a i je odczuwam. Niemniej przysłowie z czasów PRL: "Nadgorliwość gorsza jest od faszyzmu" nie straciło dla mnie aktualności. Choć dziś wrogiem numer jeden są dla mnie "hucpiarze".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama