Reklama

Reklama

Lex Czarnek, czyli jak ulec pokusie ręcznego sterowania

Czy receptą na pluralizm w szkołach jest większa władza kuratorów czy szersze uprawnienia rodziców? Minister Czarnek proponuje mocniejszą rządową kontrolę nad edukacją w chwili, gdy podręcznikiem Roszkowskiego potwierdził oskarżenia o poddanie szkolnictwa ideologicznej presji. Nawet jeśli to przesada, on jest jej współsprawcą.

W chwili, w której to piszę (piątkowy ranek), nie sposób przewidzieć, co się stanie z projektem nazywanym lex Czarnek. Wprowadzony niespodziewanie jako inicjatywa posłów, szedł w Sejmie jak burza. Pisowskie kierownictwo polityczne chciało jego przyjęcia na tym posiedzeniu. A teraz wydaje się, że PiS nagle rezygnuje z pośpiechu. Choć podobno prace nad nim wrócą w następnym tygodniu.

Skąd ta zwłoka? Oficjalnie ustawa o zmianach w systemie edukacyjnym miała być kompilacją dwóch projektów. Poselski powtarzał koncept MEN pod kierownictwem Przemysława Czarnka. Receptą na domniemane dolegliwości obecnej edukacji, np. na "panoszenie się" w szkołach niepożądanych organizacji pozarządowych, miało być zwiększenie kontroli nad  placówkami oświatowymi kuratorów, którzy są przedstawicielami rządu w terenie. Kuratorzy mieli być silniejsi kosztem władz samorządowych. 

Reklama

Z kolei projekt prezydenta Dudy, wniesiony jeszcze podczas kampanii wyborczej roku 2020 i trzymany przez ponad dwa lata w zamrażarce, kładł nacisk na wzmocnienie roli rodziców w szkołach. To oni mieli decydować, choćby kogo dopuścić do zajęć pozalekcyjnych.

Prezydent zablokuje Czarnka?

W praktyce posłowie PiS zaczęli wybierać w głosowaniach rozwiązania Czarnka ponad pomysły Dudy, który, przypomnijmy, poprzedni projekt MEN zawetował. Zarazem, prawda, szef resortu edukacji częściowo wycofał się z najbardziej drażniących przepisów. Kuratoria miały nie mieć tak wielkiego wpływu na dyrektorskie konkursy (dziś organizują je samorządy), jak początkowo planowano. Także zawieszenie dyrektora przez kuratora miałoby być ewentualnością chwilową, nieostateczną. A jednak ludzie prezydenta uznali, że prezydencki sposób myślenia został zlekceważony. Przypomnijmy - żona Andrzeja Dudy to nauczycielka rozumiejąca obawy tego środowiska.

Możliwe, że za kulisami odbędą się teraz negocjacje Zjednoczonej Prawicy z własnym prezydentem. Czy PiS może sobie jednak pozwolić na kolejną prestiżową porażkę po wycofaniu się z innego niestrawnego dla opozycji, ale chyba też niepopieranego przez Dudę projektu - mającego zamrozić szefów spółek energetycznych na ich posadach nawet po zmianie rządu? To skądinąd przyczynek do innej dyskusji: o politycznej roli prezydenta w dzisiejszych czasach. Coraz bardziej podmiotowego, a zarazem świadomego, że PiS w razie zwycięstwa opozycji i tak będzie musiał na niego liczyć.

Nie wiemy, jak się te domniemane targi skończą i kiedy. Warto jednak ocenić inicjatywę Czarnka niezależnie od jej ostatecznego losu. Jako nieuleczalny symetrysta uważam, że niektóre zarzuty opozycji i opozycyjnych mediów wobec kierunku zmian proponowanych przez PiS brzmią przesadnie. A jednak trudno mi wykrzesać entuzjazm wobec rządowej recepty.

Autonomia, kuratorzy, rodzice

Na wstępie przypomnę, że zaraz po wybuchu wojny Rosji z Ukrainą prezydent użył dla swojego weta wobec pierwszego lex Czarnek także i takiego uzasadnienia, że niepotrzebna jest awantura niszcząca jedność narodową. W teorii ten powód nie zniknął. Choć zarazem pozory tamtej kooperacji trwały zarazem ledwie kilka tygodni. Zerwanie z nią to nie był wybór tylko strony rządowej. Ciężko o kooperację, kiedy nieformalny lider opozycji Donald Tusk zapowiada zamykanie czołowych polityków obozu rządowego w więzieniach.

Opozycja krzyczy, że ten projekt oznacza centralizację, upolitycznienie i ideologizację. Czy samorządy wpływające dziś na wybór dyrektorów szkół są całkowicie apolityczne? Szkoły publiczne są w jakiejś formie zawsze zależne od władzy publicznej. Opowieści o podstawówkach, liceach czy technikach jako placówkach "autonomicznych" (którym autonomię się teraz podobno odbiera) też nie maja większego sensu. Autonomia to przywilej wyższych uczelni. Szkoły nigdzie nie są autonomiczne.

Mam też wrażenie, że są sytuacje, kiedy kurator jako organ pilnujący, czy wykonywane są programy nauczania (jednolite w całym kraju, co ma wyrównywać edukacyjne szanse), powinien mieć prawo mocniej wtrącić się w życie tej czy innej szkoły. Czy obecne przepisy były w tym zakresie wystarczające? Możliwe, że nie.

Tyle że wiara w siłę korekt dokonywanych przez rządowe centrum może być zawodna. Jeśli opozycja wygra najbliższe wybory, to minister "z tamtej strony" dostanie moc kontrolowania i korygowania wszystkiego. Związanie szkół z różnorodnymi samorządami gwarantuje przynajmniej pewną wielobarwność edukacyjnego systemu.

Czy owo "panoszenie się" organizacji pozarządowych w szkołach było tak naprawdę wielkim problemem? Rzecz w tym, że minister Czarnek nie sypał przykładami nadużyć rozmaitych edukatorów czy prelegentów. Pytałem go o to w wywiadzie. Uchylił się od podawania miejscowości i konkretnych sytuacji. Mam wrażenie, że to problem co najwyżej kilku największych miast, gdzie liberalni prezydenci próbowali zachęcać do rozmaitych akcji na rzecz "tolerancji" przenoszonych do szkół.

Trzeba by się tym przypadkom dokładnie przyjrzeć, żeby je ocenić. Skądinąd wiara, że da się jakoś zasadniczo wpłynąć na myślenie młodych ludzi przez niewpuszczenie kogoś do szkoły pochodzi zdecydowanie z czasów przedinternetowych. Choć zapewne trzeba pytać o prelekcje i zajęcia skierowane do jednostek zbyt niedojrzałych. I o to, czy ideologizacja uczniów powinna natrafiać na jakieś granice.

Z pewnością mocną stroną argumentów opozycji są przestrogi przed zablokowaniem tak zwanych asystentów międzykulturowych mających pomagać w adaptacji dzieciom ukraińskich uchodźców. Nie sądzę, żeby taka była intencja resortu Czarnka, ale nadmiar biurokracji w takich przypadkach szkodzi. A co do obecności w szkołach propagatorów rozmaitych mód i ideologii, chyba najbezpieczniej byłoby się tu zdać na wolę rodziców (i na zasadę pełnej dobrowolności w udziale w takich zajęciach). W ostateczności to rodzice, a nie urzędnik, powinni najlepiej wiedzieć, czego chcą dla swoich pociech. To punkt dla projektu prezydenta.

Różne rachunki krzywd

Rodziny powinny być barierą dla ideologicznych pokus także dyrektorów szkół. To znamienne, ale każdy ma tu swój rachunek krzywd. W programie Cztery Strony Prasy w Polsat News komentatorka "Polityki" Ewa Siedlecka malowała straszny obraz szkół zdominowanych podobno już dziś, jeszcze bez lex Czarnek, przez ideologię prawicy. Jej zdaniem to dlatego wielu rodziców chce zabrać swoje dzieci z tych placówek i zapewnić im edukację domową (o nią także toczy się spór wokół konkretnych zapisów w tym projekcie). Zabawne, bo w wielu krajach taka edukacja to ostatnia deska ratunku dla rodzin konserwatywnych.

Z kolei Michał Karnowski z "Sieci" kładł nacisk na zagrożenie młodych ludzi progresywną indoktrynacją w szkolnych murach. Prawda jest taka, że obie wizje mogą być do pewnego stopnia prawdziwe w tej czy innej szkole. Na przykłady zabrakło czasu.

Ale sam znam rozmaite historie. Moi znajomi zabrali syna z liceum, przenosząc do innego po kilku dniach od rozpoczęcia edukacji - z wielu powodów. Ale faktem jest, że jego krótkotrwała wychowawczyni powitała klasę opowieścią, jakim to jest osobistym wrogiem Kościoła. Taka sytuacja nie jest dziwna w Warszawie, podczas gdy zwłaszcza w mniejszych miejscowościach możliwe są pewnie przegięcia w drugą stronę. Receptą, dodajmy nigdy nie do końca skuteczną, jest maksymalne wymieszanie wpływu różnych czynników na szkoły (raz jeszcze przypomnę o rodzicach). Czy najlepszą odpowiedzią są silni kuratorzy? Mam wątpliwości.

I dodatkowa uwaga. Opozycja od początku alarmowała, że programy szkolne są narzędziem ideologizacji. Nie sądzę, żeby tak do tej pory było. Emocje wywołuje naturalnie nie matematyka czy geografia, a przedmioty humanistyczne. Dziś nawet "Pan Tadeusz" Mickiewicza na maturze wywołuje histerię liberałów i lewicy. Tymczasem nie jest to przejaw ideologii prawicowej, a co najwyżej wierności tradycji. Jako zwolennik szkoły do pewnego stopnia tradycyjnej, gotów jestem tego bronić

Ale podręcznik do nowego przedmiotu Historia i Teraźniejszość autorstwa prof. Wojciecha Roszkowskiego naprawdę dał opozycji, także tej społecznej, poważne argumenty. Po raz pierwszy od dawna muszę się do zgodzić także z artykułami na ten temat choćby w "Polityce". Jeśli do książki opowiadającej historię między rokiem 1945 i 1979 można włożyć ataki na Donalda Tuska, i przedstawić braci Kaczyńskich jako liderów przedsierpniowej opozycji, o czym my w ogóle rozmawiamy? Minister Czarnek jest współautorem obecnej apokaliptycznej narracji swoich przeciwników. Zapewne robi to w imię wykrzesania kolejnej wielkiej awantury politycznej. Ale czy w imię budowania lepszej edukacji?  

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy