Reklama

Kurski ukarany czy nagrodzony? Jedno i drugie

Możliwe, że Kaczyński pozbył się Jacka Kurskiego z TVP za późno. Ale z pewnością nie wysłał go do Waszyngtonu dlatego, że się szykuje na klęskę wyborczą.

Spytałem ważnego polityka PiS, czy wysłanie Jacka Kurskiego na posadę w Banku Światowym, to kara czy nagroda. A może zorganizowana ewakuacja? Wszystkiego po trochu, odpowiedział dyplomatycznie. Takie sytuacje w polityce się zdarzają.

Na wstępie: zgadzam się z jednym argumentem pobrzmiewającym we wszystkich komentarzach krytycznych. To oznacza potraktowanie tamtej posady jako synekury. Prawda, Kurski jest absolwentem ekonomii i ma ogólne doświadczenie menadżerskie, ale trudno go uznać za człowieka biegłego w branży bankowej. Tacy w Polsce z pewnością są, nawet w kręgach bliskich rządzącym.

Reklama

Sprawdziłbym wprawdzie, w jaki sposób i komu rozdają podobne posady banki centralne w innych państwach demokratycznych. Ale pierwsze wrażenie podpowiada nam, że to typowy przejaw upolitycznionego kapitalizmu, faworytyzmu itd.

Z czym się pogodził Kaczyński?

Niemniej pojawiły się i inne wnioski. Oto ma to być dowód na ucieczkę prominentnego architekta polityki medialnej obecnego obozu rządzącego. A więc i na sypanie się tego obozu. Takie opinie rozpowszechniają ludzie niezajmujący się niczym innym jak antypisowskim hejtem: Roman Giertych czy były naukowiec Marek Migalski. Ale podobne akcenty pojawiły się i w poważniejszych analizach.

Przy czym ci poważniejsi komentatorzy mają świadomość, że taka "ucieczka" to nie jest kwestia prywatnego porozumienia Jacka Kurskiego z Adamem Glapińskim. Że wymagało to zgody Jarosława Kaczyńskiego. Taka jest natura tego systemu: prezes PiS zatwierdza nawet dyrektorów w spółkach skarbu państwa czy ambasadorów. Wszystko to trafia na jego biurko na Nowogrodzkiej.

Kurski by się nie prześliznął, pomimo formalnej autonomii Narodowego Banku Polskiego. Więc pojawia się tłumaczenie, że sam Kaczyński ma się godzić z klęską PiS. To ma być tego przejaw. Wcześniej za dowód takiego pogodzenia uznawano inne ruchy lidera Zjednoczonej Prawicy.

Wypada poczynić od razu ważne zastrzeżenie. Nie znam przypadku, aby lider jakiejś partii "godził się z porażką". A na pewno nie na tak wczesnym etapie, gdy w ciągu wielu miesięcy dzielących nas od wyborów zmienić może się absolutnie wszystko. Kaczyński może wykonywać ruchy bezsensowne czy przeciwskuteczne, ale świadomie z niczym się nie pogodził. Poza wszystkim można mu zarzucić wszystkie wady egoistycznego politycznego lidera, ale wojownikiem był i pozostał.

Bez wątpienia kiedy pozbawiał Kurskiego kierownictwa TVP, sądził, że działa na rzecz sukcesu swojego obozu. Przecież od lat przekonywano go, że siermiężna propaganda telewizji publicznej wcale nie pomaga, że bardziej subtelne metody przekonywania Polaków mogłyby polepszyć wynik PiS.

Dlaczego więc trzymał Kurskiego tak długo? I tu wytłumaczenie wymaga psychologizowania. On po prostu ten ton, ten sposób organizowania politycznych nagonek, lubi. Wierzy, że wrogów należy demaskować takim językiem. To jego słabość, bo wynika z przekonania, że tylko tak można zademonstrować siłę.

Kaczyński skądinąd tak czy inaczej planował zdjąć Kurskiego przed wyborami. Zrobił to wcześniej. Możliwe, że i tak za późno. W obliczu kataklizmów, jakie spadają na Polskę przed kolejnymi wyborami, miejsca na gierki dzielące obóz nie było od dawna.

Powody ważne i nieważne

TVP pod kierunkiem niepolitycznego intelektualisty Mateusza Matyszkowicza języka opowiadania powiedzmy o Donaldzie Tuska nie zmieniła. Ale przynajmniej telewizja publiczna nie jest czynnikiem autodestrukcyjnych podziałów w samym obozie. Nie podgryza premiera, szanuje prezydenta, nie wzmacnia racji Zbigniewa Ziobry i innych radykałów.

Oczywiście jak to często w instytucjach o naturze dworu, a takim jest PiS, powody ważne pomieszały się z nieważnymi. Kroplą, która przelała czarę, decydując o usunięciu Kurskiego, było pozbycie się przez niego szefa łódzkiego oddziału TVP. Był on protegowanym Janiny Goss, dawnej przyjaciółki matki prezesa, która wtrąca się do wszystkiego. Może do spółek skarbu państwa, może i do mediów. A jest z Łodzi.

Co było dalej? Szukano dla Kurskiego posady w rządzie. Ale o ile Morawiecki nie może nikogo czy niczego zmienić bez zgody Kaczyńskiego, o tyle czasem może coś zablokować. Więc blokował. Prezes pojął zresztą, że Kurski na ważnym stanowisku w rządzie będzie zaczynem wiecznych kłopotów i zakulisowych awantur, które zaraz wyciekną.

Owszem, on lubi tworzyć takie skłócone duety, aby dzielić i rządzić. Ale w tym przypadku mamy już nieustające pożary z Ziobrą i Solidarną Polską. Mamy Jacka Sasina czyhającego na możliwość pognębienia Morawieckiego. Po co kolejny wrzód? Do prezesa dotarło, że zbytnio osłabiony premier nie musi być kluczem do zwycięstwa. Tylko tyle. I aż tyle.

Zarazem miał poczucie, że trzeba Kurskiego jakoś wynagrodzić. Skoro nie było miejsca w polityce, nagrodą stała się dobrze płatna synekura. Że Kurski jest potrzebny w kampanii? Może Kaczyński uznał, że pożytki z niego nie były aż tak duże? A może były prezes TVP jakieś usługi sztabowi PiS jednak odda - w wolnym czasie? Natura takich posad jak ta w Waszyngtonie jest taka, że wolny czas się znajdzie.

Że nie jest to tak efektowne jak Kaczyński godzący się z klęską? Co ja poradzę. Skądinąd wiele odkryć prezesa mogło nastąpić wcześniej. Wbrew przekonaniu i niektórych jego wielbicieli i niektórych wrogów nie jest on dobrze zaprogramowaną maszyną do gry w szachy. Ale nie jest także kompletnym nieudacznikiem. Jest za to człowiekiem, który lubi bawić się ludźmi. Całkiem jak Donald Tusk, ale to już inna historia. 

Dowiedz się więcej na temat: Piotr Zaremba | felieton | Jacek Kurski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy