Reklama

Reklama

Kto przełamie pata, czyli gra wokół RPO

Bartłomiej Wróblewski mógłby być niezłym rzecznikiem praw obywatelskich. Ale nie potrzebuje go ani Jarosław Kaczyński, ani opozycja.

Jest oczywiste, że PiS zgłasza swojego kolejnego parlamentarzystę jako kandydata na rzecznika praw obywatelskich bez wiary, że się uda. Wprawdzie nieoczekiwanie pojawiła się szansa na poparcie go przez jednego z senatorów opozycji. Ale to nadal nie daje większości w Senacie.

Czy Libicki się złamie?

Nie jestem zresztą pewny, czy Jan Filip Libicki, do niedawna zajmujący się głównie wbijaniem szpil w PiS i Jarosława Kaczyńskiego (który wiele lat temu skreślił jego ojca z listy kandydatów tej partii do Europarlamentu) wytrwa w swojej woli złamania w tej jednej sprawie solidarności. Nawet nie tyle partyjnej, bo jego związki z PSL są przypadkowe, a coraz bardziej pobudzonej antypisowskiej opozycji jako całości. Wywierany jest na niego silny nacisk, z użyciem najbardziej histerycznych argumentów, a emocje to dziś jedyne co się liczy w polskiej polityce. W przeciwieństwie do jakichkolwiek logicznych argumentów.

Reklama

Nie podoba mi się ta presja. Konstrukcja prawna, wedle której kandydaci na takie urzędy jak RPO (także na przykład szef IPN czy prezes NIK) są zatwierdzani przez obie izby, zakładać powinna swobodę parlamentarzystów w ich decyzjach. Celem ma być bowiem personalny kompromis, wyjście poza partyjne opłotki i bariery. Odwoływanie się do histerii wymierzonej w przeciwników aborcji nie uwzględnia faktu, że opozycja nie ma w sprawie aborcji jednego zdania. Libicki jest wrażliwy na punkcie aborcji eugenicznej. Zobaczymy tylko, czy wytrwa.

Osobiście nie uważam prawa do aborcji za przyrodzone prawa kobiety, a samej aborcji za normalny zabieg medyczny. Skoro płód jest odrębną istotą, do pewnego stopnia chronioną przez prawo cywilne, takie podejście to tylko i jedynie skutek zabiegów na języku. Dlatego nie sądzę, aby polityk upominający się o dzieci nienarodzone, nie miał prawa odpowiadać za ochronę praw obywatelskich i ludzkich. Przeciwnie, to właśnie on ich broni, nawet jeśli kwestia przymusu rodzenia w przypadku tak zwanej aborcji eugenicznej wywołuje (także u mnie) masę dodatkowych wątpliwości.

Oczywiście pozostaniemy przy swoich zdaniach - z jednej strony tacy ludzie jak ja, z drugiej obóz lewicy, liberalnej i mniej liberalnej. Opozycja nie kwestionuje jednak wstecz prawa prof. Andrzeja Zolla czy prof. Andrzeja Rzeplińskiego do sprawowania ważnych funkcji w sądownictwie konstytucyjnym. Ten pierwszy był kiedyś również rzecznikiem. Ich poglądy na aborcję powinny być dziś kwalifikowane przez wiele środowisk jako "nieeuropejski ciemnogród".

Senator Staroń na rzecznika?

Oczywiście nie zmienia to faktu, że wystawiając swojego posła, który referował przed TK wniosek w sprawie aborcji eugenicznej, PiS musiał zakładać dodatkową mobilizację opozycji. Możliwe, że Kaczyńskiemu nie zależy specjalnie na obsadzeniu tego urzędu.

Rzecznik zawsze był wybierany jakąś partyjną większością. Adam Bodnar był kandydatem PO wspartym w parlamencie przez lewicę, podczas gdy prawica go zwalczała, co skądinąd da się uzasadnić jego jednoznacznymi, ideologicznymi poglądami w kilku sferach (nie tylko aborcja czy prawa LGBT, także szeroko pojmowana polityczna poprawność). A jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że kilka, kilkanaście lat temu, w obliczu pata między Sejmem i Senatem byłaby jeszcze szansa na znalezienie kogoś, kto przekraczałby różne podziały. Dziś, jak powiedzieliby Amerykanie, to jest równie nieprawdopodobne jak zamarznięcie piekła.

To bardzo niedobrze, zwłaszcza, że rola rzecznika nie sprowadza się do wypowiedzi i interwencji w tych kilku drażliwych, ideologicznych tematach. On ma wiele do zrobienia w kwestii ochrony codziennych praw Polaków w starciu z machiną państwa czy rozmaitych instytucji, silniejszych niż pojedynczy obywatel czy nawet cała ich grupa. Ta powinność RPO przegrywa jednak w zderzeniu z polityczną polaryzacją.

Gdyby PiS bardzo się postarał, znalazłby może mimo wszystko kogoś, kto miałby szansę na odegranie kandydata ponadpolitycznego. A choćby taka senator Lidia Staroń, dawna reprezentantka PO, dziś do bólu niezależna, zasłużona w wojnach z mafiami spółdzielni mieszkaniowych czy komorników. Takiej wrażliwości tam potrzeba.

Ma ją z pewnością kandydat Lewicy Piotr Ikonowicz, zasłużony w bojach o biednych, ale dla mnie to bardziej aktywista, zadymiarz, niż materiał na poważnego urzędnika. Skądinąd bardzo jednostronny, gdy dotykamy ideologii. Staroń mogłaby być za to rzecznikiem "dla wszystkich".

Z drugiej strony gdyby wskazała ją Zjednoczona Prawica, opozycja zapewne znalazłaby sto powodów, aby wystąpić przeciw niej. Wskazuję więc postać, która ma wszelkie dane, ale niewiele szans. Nikt poza mną nie wpadł zresztą na jej nazwisko.

Na koniec uwaga osobista. Tak się składa, że znam posła Bartłomieja Wróblewskiego. Całkiem niedawno próbował on uzyskać wraz grupą posłów jakąś autonomię wewnątrz klubu PiS. Mam przekonanie, że zrobiony rzecznikiem, byłby bardziej niezależny od swojego obozu politycznego niż inny jego kandydat. Niezależny nie od własnych poglądów, ale od bieżącej woli Jarosława Kaczyńskiego - już tak. Chyba jednak nie dane się będzie nam o tym przekonać. Szkoda.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje