Reklama

Reklama

Kto chce maszerować z flagą? Bilans 11 Listopada

To prawda, narodowcy zawojowali Święto Niepodległości. Rafała Trzaskowskiego spytałbym jednak, czy pytanie o ustąpienie im pola należy kierować tylko pod adresem PiS.

W zasadzie przebieg zdarzeń w dniu 11 listopada można było przewidzieć. I to, że prezydent Andrzej Duda poświęci prawie całe swoje wystąpienie przy Grobie Nieznanego Żołnierza tematowi ochrony granicy wschodniej, chwaleniu pograniczników, żołnierzy i policjantów. W tej akurat sprawie obóz rządowy lepiej wyczuwa nastroje Polaków niż zmieniająca co i rusz ton opozycja.

Można też było przewidzieć, po wyjaśnieniu, jaki będzie jego prawny status, że narodowcy i kibice idący w Marszu Niepodległości powstrzymają się od ekscesów. Tak było w zasadzie w poprzednich latach, poza rokiem 2020, kiedy na nerwowość najbardziej zapalczywych prawicowych radykałów wpływał fakt formalnej delegalizacji marszu. Dla tych radykałów państwo PiS nie jest jednak tak oczywistym wrogiem jak państwo PO.

Reklama

Marsz Niepodległości. Stop wzajemnej delegalizacji

Apel ministra spraw wewnętrznych Mariusza Kamińskiego, aby - nieco tylko wyostrzając - oszczędzać policjantów, bo zaraz przyjdzie im jechać na granicę, zabrzmiał cokolwiek groteskowo. Powinno się ich oszczędzać co roku. Ale ten apel był skuteczny. Temat uszczelniania granicy, wbrew Łukaszence, ale też wbrew lewicowym utopistom chcącym zapraszać do Polski całą Azję z Afryką, zbliżył, zapewne przejściowo, do PiS nawet Konfederację, tym bardziej zaś zjednoczył prawicowy ludek różnych pokoleń.

Apel można obśmiewać, a jednak per saldo stało się dobrze. Decyzje dwóch sądowych instancji podjęte na wniosek prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego robiły wrażenie wojowanie prawniczymi kruczkami z niemiłą politycznie imprezą. Kruczkiem było też objęcie Marszu patronatem szefa Urzędu do spraw Kombatantów, ale to jednak tylko odpowiedź.

Ostatnio obserwowaliśmy powódź inicjatyw zmierzających do wzajemnych delegalizacji drugiej strony różnych ideowych sporów. Z jednej strony choćby projekt Kai Godek przewidujący zakaz manifestacji i właściwie zgłaszania postulatów przez ruch LGBT. Z drugiej - wojnę Trzaskowskiego i sędziów z Marszem. Jesteśmy przecież skazani na życie obok siebie. Takie zabiegi są i sprzeczne z wolnościowym modelem społeczeństwa, i niepraktyczne, bo zaostrzające i tak rozgrzaną do białości polityczną polaryzację i wojnę.

Oczywiście każdy ma prawo do czysto politycznych ocen. Trzaskowski, de facto pokonany w tej wojnie na prawnicze sztuczki, ma trochę racji twierdząc, że PiS odstąpił obchody Święta Niepodległości małemu i skrajnemu środowisku narodowców. Opisywałem już ten fenomen przy okazji pytań o rolę Roberta Bąkiewicza w mobilizowaniu kontrmanifestacji przeciw euroentuzjastom. Masy ludzi idących 11 listopada z biało-czerwonymi flagami często nie znają ideologii narodowej, ani nigdy nie głosowały na jej  wyznawców. Ale wyruszają co roku pod komendą Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, które ma endeckie zabarwienie.

Marsz Niepodległości. Co oddano narodowcom

Można tu podawać różne przyczyny. Narodowcy byli jedynymi, którzy sięgnęli po tę rocznicę, w czasach gdy innym nie przychodziło to do głowy. Ale przecież w roku 2018 prezydent Duda i premier Morawiecki pomaszerowali na czele pochodu. Mimo to w kolejnych latach już nie spróbowali skrzykiwać własnego marszu czy konkurować inną formą obchodów, pomijając naturalnie o wiele kameralniejszą zmianę warty przy Grobie Nieznanego Żołnierza. W tym roku pozwolili ministrowi Kasprzykowi, człowiekowi lubiącemu tradycję piłsudczykowską, ratować Marsz. Ale sami byli gdzie indziej.

Z czego wynikała ta bezradność? PiS chyba nie umie dziś tak skutecznie mobilizować ludzi na ulicach. Do Marszu ma stosunek dwojaki: obrosłym w piórka politykom podoba się jego ogólne przesłanie, ale zapewne nie bardzo uśmiecha wspólne maszerowanie z kibolami czy wyznawcami "białej siły". Pozostawił to pole innym i tak już chyba zostanie.

Zarazem logika polaryzacji też robi swoje. Bąkiewicz może się dziś wydawać z jednej strony wygodnym towarzyszem broni całej prawicy w wielu starciach cywilizacyjnych, z drugiej zaś narodowcem dostosowującym się do różnych kompromisów z rządzącymi. Nie ma więc specjalnej potrzeby, żeby go z czegokolwiek wypychać.

Czy mi się to podoba? Nie, i nie chodzi mi o neurotyczne wypatrywanie w tych tłumach agresji i hejtu. Po tym, gdy obóz liberalny uznał za prawomocne i uzasadnione poetykę Strajku Kobiet z mazaniem po kościołach i hasłem "wyp..." oraz "j... PiS", wszelkie licytacje na to, kto jest bardziej delikatny, a kto bardziej nienawistny, straciły sens. Wzajemna nienawiść i pogarda to po prostu fakt.

Chodzi mi raczej o to, że prawicowy lud oswaja się podczas takich imprez z politycznym infantylizmem. Niesiony w tym roku transparent Młodzieży Wszechpolskiej przedstawiający Polskę jako świętego Jerzego zabijającego unijnego smoka to oczywiście tylko malowniczy symbol. Ale ten symbol utwierdza polską prawicę w ponurym mesjanizmie. Taki mesjanizm nie będzie dobrym politycznym doradcą. To Bąkiewicz i jego koledzy mogą wzmóc skłonność bardziej mainstreamowych polityków PiS do zachowań irracjonalnych, do hołdowania mitom, także do zacietrzewienia, którego jest w Polsce coraz więcej, i które niszczy nam wspólnotę.

Cień czekoladowego orła

Trzaskowskiego spytałbym jednak, czy pytanie o ustąpienie pola narodowcom należy kierować tylko pod adresem PiS. Przecież Platforma Obywatelska dziedziczy, przynajmniej na zasadzie personalnej ciągłości, część tradycji niepodległościowej czy solidarnościowej. Przypominam sobie zresztą jej próby występowania z kontrofertą obchodów różnych świąt narodowych.

2 maja 2013 roku, z okazji tak zwanego dnia flagi, prezydent Bronisław Komorowski, wychowanek przedsierpniowej jeszcze opozycji, jak najbardziej patriotycznej i chrześcijańskiej, przyłączył się do marszu pod znakiem czekoladowego orła. Rzucił wtedy hasło: "Niech każdy te symbole przeżywa po swojemu, to wtedy Polska i polskie symbole mogą być wspaniałe, mogą być piękne, a mogą być czasami nawet smaczne i tego wszystkim życzę".

Zostało ono potraktowane wraz z całym występem organizowanym przez radiową Trójkę jako wygłup. Może przesadnie, nie ma przecież jednego modelu obchodzenia rocznic, Amerykanie traktują je bardzo poważnie, a jednak umieją (przynajmniej umieli do niedawna) dobrze się przy nich bawić. Ale co ciekawe, środowiska, które stały wtedy za czekoladowym orłem, same szybko się cofnęły.

11 listopada 2014 roku ten sam prezydent Komorowski zwołał nieco przed Marszem Niepodległości swój pochód warszawskimi Alejami Ujazdowskim, szlakiem pomników sławnych i zasłużonych Polaków. Stawiła się garstka urzędników i oficjeli. Nie było w tym ducha, nie było życia.

Dziś przecież nikt nie zabroniłby Donaldowi Tuskowi i Rafałowi Trzaskowskiemu poprowadzić, o innej godzinie, i w innym miejscu Warszawy, własny pochód. Obawiam się jednak, że mamy do czynienia za zjawiskiem gorszym jeszcze niż eksperymenty z czekoladowym orłem.

Na prowincji owszem, platformerscy samorządowcy coś tam i celebrują. Często zresztą ponad podziałami, w każdym razie nie zawsze organizuje się tam osobne zgromadzenia czy imprezy. Ale w Warszawie liderzy opozycji nie poprowadzą wielotysięcznego pochodu.

Jeśli mamy do czynienia z dwiema Polskami, to zaryzykuję twierdzenie, że tamta, "ich Polska" nie za bardzo uważa marsz z flagami za coś poważnego i godnego poparcia. Nie dlatego, że nie są patriotami, ale dlatego, że dali się wciągnąć w Gombrowiczowską wojnę min. Wielu z nich instynktownie odbiera tę formę manifestowania własnych emocji jako nadgorliwość, rezerwowaną dla PiS, dla Januszów i Grażyn.

Kto mi nie wierzy, niech wejdzie na Facebooka czy na inne media społecznościowe. Pełno tam takich reakcji. A że polaryzacji będzie jeszcze więcej, a nie mniej, ten podział na patriotów praktykujących i niepraktykujących raczej się będzie pogłębiał. Oczywiście fakt, że podczas "tamtego Marszu" widać na czele twarze Bąkiewicza i jego kolegów dodatkowo takie odruchy wzmacnia.

Marsz Niepodległości, faktycznie okazały i przynajmniej w tym roku godny, nie jest ani zwycięstwem prawicy, ani jej porażką. Nie ma on wiele wspólnego z przewagą polityczną kogokolwiek nad kimkolwiek - sondaże partyjne są trwałe i pokazują stan pewnej równowagi, może nawet lekkiej przewagi antypisowskiej koalicji. On pokazuje, kto w Polsce szuka jakiej tożsamości. W następnych latach będzie tak samo. 

Reklama

Reklama

Reklama