Reklama

Reklama

Kropka nad "i" postawiona nad upadkiem Zjednoczonej Prawicy

Koalicja: "wszyscy poza PiS" staje się faktem, w sprawie Rzecznika Praw Obywatelskich, ale to ma konsekwencje. Kaczyński pogodził się dawno, że jest znienawidzony. Ale nie lubi być śmieszny.

Podział głosów w Sejmie i w Senacie w kwestii wyboru rzecznika praw obywatelskich, to kropka nad "i" postawiona nad upadkiem Zjednoczonej Prawicy. Jarosław Gowina najpierw próbował podsuwać opozycji własnego kandydata nie uznawanego przez PiS - prof. Marka Konopczyńskiego. A potem wziął udział w organizowaniu poparcia dla człowieka zgłoszonego przez opozycyjne PSL - Marcina Wiącka. Wiedząc, że PiS zgłosi kogoś innego: senator Lidię Staroń.

Kaczyński bez sprawczości

Prof. Wiącek może zostać rzecznikiem wybranym przez koalicję wszystkich ugrupowań poza PiS i Solidarną Polską. Czy tak się stanie, nie wiemy. To leży tak naprawdę w rękach wyraziście prawicowej, eurosceptycznej Konfederacji, bez której taki manewr się nie uda. Jej liderzy nie mówią ani "tak", ani "nie. Ale sam fakt, że nie mówią, to sygnał, że biorą pod uwagę taki dowcip zrobiony Jarosławowi Kaczyńskiemu.

Reklama

Jeśli do tego dojdzie, można przewidywać w tym Sejmie najróżniejsze konfiguracje. Liderzy PiS z pewnością jednak stracą pewność co do skuteczności jakiejkolwiek swojej decyzji. Gowin przypomina, że wybór RPO nie jest objęty umową koalicyjną. Podkreśla też, że pozostaje częścią koalicji rządowej i Zjednoczonej Prawicy. Ale Kaczyński odbiera te deklaracje jako gołosłowne kpiny. Pozbawia się go niniejszym sprawczości. W nie wiadomo ilu sprawach, ale tak naprawdę potencjalnie w każdej.

Oczywiście Gowin może to postrzegać w kategoriach odwetu. Kiedy kwestionował szczegóły Polskiego Ładu, żądając większej ochrony dochodów klasy średniej, Kaczyński powiedział mu: "Jak nie zagłosujesz z nami, przegłosujemy te punkty z Lewicą". Prezes PiS zapowiedział obejście Porozumienia, więc Gowin próbuje obejść jego. Do sukcesu operacji potrzeba tylko jednego: konsekwentnego głosowania 12 posłów wiernych wicepremierowi. No i odpowiedniej decyzji Konfederacji.

Aby osiągnąć swoje, Gowin musiał podjąć ryzyko działań wątpliwych, a nawet śmiesznych. Tym było chwilowe wystawienie prof. Konopczyńskiego, który okazał się być sympatykiem racji Strajku Kobiet. Nimb Gowina jako konserwatysty został w ten sposób podważony, choć on sam zdaje się nawet nie znał poglądów naukowca sympatyzującego z liberalną opozycją. To kolejna sytuacja, w której odróżnienie się od PiS jest dla niego ważniejsze niż własne przekonania. Podobnie było choćby wtedy, kiedy nagle zaproponował referendum w sprawie aborcji.

Co więcej wicepremier Gowin będzie teraz organizował głosy przeciw osobie, którą pierwotnie forsował jako dobrego kompromisowego rzecznika: senator Lidii Staroń. Wystarczyło, że stała się ona kandydatką PiS w momencie, w którym lider Porozumienia zaczął żądać prawa namaszczenia nowego RPO dla siebie. Powołując się na jakieś uzgodnienia z Kaczyńskim.

W teorii jego argument, że rzecznik powinien mieć poparcie obu stron, brzmi nawet przekonująco. Ale możliwe, że Staroń dostałaby poparcie kilku senatorów z opozycji. Nie dostanie ich jednak prawdopodobnie, jeśli przeciw niej stanie kandydat popierany przez całą opozycję i w dodatku przez jedno z ugrupowań Zjednoczonej Prawicy.

Widmo wyborów wraca

Ta nowa sytuacja, na którą nakłada się widowiskowy spór o szczegóły Polskiego Ładu, jest poważnym sygnałem. Kaczyński pogodził się dawno, że jest znienawidzony. Ale nie lubi być śmieszny. W moim przekonaniu zrobiliśmy kolejny krok w kierunku przyspieszonych wyborów.

Pewnie nie natychmiast, ze względu na pandemię chociażby. Ale może na przykład wiosną przyszłego roku. Oczywiście w umyśle prezesa PiS odbywa się teraz zapewne bitwa między gniewem i obawą przed ryzykiem. Ale gniew może zwyciężyć.

Tym bardziej, że mógłby w ten sposób ukarać krnąbrnego Gowina. On wprawdzie próbuje straszyć Kaczyńskiego rozmowami z częścią opozycji. Już nie tylko z PSL, także z Polską 2050 Szymona Hołowni szybującą ostatnio w sondażach. Ale Władysław Kosiniak-Kamysz nie ma dobrej passy sondażowej. Z kolei Hołownia może nie mieć interesu w braniu na listy głównego architekta Zjednoczonej Prawicy. Ta uwaga dotyczy tym bardziej sytuacji, kiedy opozycja (lub nawet jej część, bez Lewicy) wystawi wspólne listy. Gowin jest im potrzebny do niszczenia siły sprawczej Kaczyńskiego w tym parlamencie. Ale nie jako jeden z wyborczych sztandarów.

Oczywiście możliwe jest też, że wyborów nie będzie, a Gowin zyska wreszcie pozycję kogoś, bez kogo niczego nie daje się załatwić. Na koniec uwaga. Nie wiadomo, jakim rzecznikiem mógłby się okazać prof. Wiącek, nie znany z tak radykalnych - w polskiej skali - ideologicznych przekonań jak doktor Adam Bodnar. Utrącenie Lidii Staroń, która ma autentyczne dokonania w obronie lokatorów, spółdzielców mieszkaniowych czy ofiar nadużyć komorników, to będzie jednak przykre widowisko. No ale polityka wiedziała już przykrzejsze.

Skądinąd styl w jakim PiS zgłasza tę kandydaturę też jawi się jako żałosny. Wicemarszałek Ryszard Terlecki wypowiedział się o niej w sejmowym korytarzu z lekceważeniem. "Jest kandydatem, bo bardzo tego chce" - to jego słowa. Może Gowin ma więc odrobinę racji, że samym obozie rządowym determinacja, aby ją przeforsować, jest mała. Partyjniacy nie lubią ludzi niezależnych, ani kierujących się bezinteresowną przyzwoitością.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy