Reklama

Reklama

​Koniec Zjednoczonej Prawicy?

Technicznie operacja wyborów na jesieni byłaby łatwa. Politycznie to dla Jarosława Kaczyńskiego piekielne ryzyko. Ale na ile go znam, dojrzewa do niego.

Reklama

Mnożą się wypowiedzi na temat kryzysu w Zjednoczonej Prawicy i ewentualności przedterminowych wyborów. Jarosław Kaczyński ich nie wykluczył, chociaż zapewnił, że sam ich nie chce. Wiem skądinąd, że w Prawie Sprawiedliwości zaczęły się rozmowy o jedynkach list poselskich i kandydatach do Senatu. Oczywiście można wszystkie te ruchy potraktować jedynie jako grę psychologiczną lidera z krnąbrnymi koalicjantami, których chce się przestraszyć.

Reklama

Ale Jarosław Gowin, lider Porozumienia i wicepremier, nie pozostawia złudzeń. Mówiąc o faktycznym zawieszeniu umowy koalicyjnej, notyfikuje koniec rządowej większości. W necie ortodoksyjni pisowcy miotają na niego obelgi, ale przypomnijmy: ten polityk oznajmia to chwilę po odparciu ataku na jego przywództwo członków Porozumienia bliskich Kaczyńskiemu - z Adamem Bielanem na czele. Po tym, jak pozostają oni dalej w rządzie bez rekomendacji swojego kierownictwa. I po tym, jak Gowinowcom odcięto dostęp do telewizji publicznej.

Wrzód Ziobry, uraza do Gowina

Większości bez 13 wiernych Gowinowi posłów Porozumienia po prostu nie ma. I nie ma co się ekscytować zbliżeniem Kaczyńskiego z Pawłem Kukizem, możliwe, że także towarzyskim. Kukiz zawsze był zafascynowany Kaczyńskim. Ale przynosi ze sobą ledwie pięć głosów. Nie wystarczy to, aby rząd Morawieckiego miał minimalny komfort.

Ujawniło się to już w głosowaniu nad jedną z senackich poprawek do ustawy o podatku akcyzowym. Przeszła ona wbrew PiS-owi, głosami Porozumienia i zresztą części posłów Solidarnej Polski.

Dla Kaczyńskiego trwały, można by rzec metapolityczny charakter, ma starcie z Ziobrą. Ten bowiem wyzyskuje każdą różnicę zdań, aby przedstawiać swoje ugrupowanie jako jedynego obrońcę polskiej suwerenności i narodowego interesu, to jego strategia, a nie tylko taktyka wydzierania doraźnych korzyści.

PiS pewnie przeforsuje w parlamencie Europejski Program Odbudowy głosami części opozycji, ale dla Ziobry to kolejna okazja, aby budować atmosferę kataklizmu. Jeśli dostanie więcej czasu do wyborów, może próbować do nich stanąć z własnym wianem wiernych wyborców. Sam lub w bloku z Konfederacją.

Nie wiem, na ile Kaczyński traktuje poważnie sondaż Centrum Badań Marketingowych Indicatora, który już dziś daje Solidarnej Polsce ponad 5 procent. To jedyny ośrodek badawczy, przez który SP jest tak wysoko szacowana jako odrębny podmiot, w czym inni politycy zawsze będą wietrzyć drugie dno. Ale nawet gdyby Ziobro odbierał PiS-owi trzy punkty procentowe, jest i tak groźny. I byłoby logiczne, gdyby była to tendencja wzrostowa, w jedną stronę.

Dylematów związanych z relacjami wewnątrz UE będzie coraz więcej. Coraz łatwiej będzie SP przedstawiać się w roli obrońcy tradycyjnego lub zagrożonego bardziej ekologiczną energetyką elektoratu. A to tylko jeden z przykładów realnych rozbieżności wewnątrz Zjednoczonej Prawicy. Na zdrowy rozum Kaczyński powinien przeciąć ten "wrzód" już dzisiaj, a nie pielęgnować go.

Dużo mniej czytelny jest konflikt z Gowinem. Oczywiście PiS mógłby nadal liczyć na Ziobrę w niektórych "twardych" inicjatywach, typu podatek medialny czy nowa "reforma" sądów, tym razem już naprawdę polegająca na czystce personalnej, pod pretekstem spłaszczenia ich struktury. Tu z kolei blokuje go opór "miękkich", czyli Gowinowców. Ale też można odnieść wrażenie, że wszechwładny jeszcze niedawno Prezes nawet nie próbował kupować poparcia Gowina, który przecież w przeszłości już nieraz "głosował, chociaż się nie cieszył".

W tym przypadku ważniejsze od bieżących kalkulacji i sporów merytorycznych były dąsy Kaczyńskiego, jego urazy o zablokowanie wyborów prezydenckich 10 maja 2020 roku. Choć akurat wtedy Gowin naprawdę uratował obóz rządowy przed kompromitacją sasinowej improwizacji.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne