Reklama

Reklama

Kaczyński wszechwładny? W partii tak. A w życiu, w Polsce?

Jarosław Kaczyński jeździ po Polsce, a ostatnio udzielił Interii ciekawego wywiadu. Płyną potoki słów. Co nie przesłania faktu, jak niewiele lider partii rządzącej może. Jak mało ma wpływu na rzeczywistość, która może go zatopić.

Gigantyczną aktywność Jarosława Kaczyńskiego, który objeżdża całą upalną Polskę,  żeby odpierać zarzuty opozycji, obserwuję z mieszanymi uczuciami. Trudno nie podziwiać wysiłku 73-letniego polityka. Czuje się w tym wiarę w to, że można zmienić wyroki historii słowami, skorygować wrażenie, może i przekonać Polaków. Na tym w sumie polega demokracja.

A zarazem... Ten rajd oznacza zmianę taktyki PiS, która zazwyczaj polegała na chowaniu się Kaczyńskiego w czasie kampanii. Trochę inaczej było już przed wyborami 2019 roku. Ale nawet wtedy nie był on głównym daniem. Na pewno nie z takim wyprzedzeniem, i nie w takim stężeniu. To samo w sobie jest kursem ryzykowanym. Osobista popularność lidera jest mniejsza niż poparcie dla jego partii. Ożywa elektorat negatywny, czego wyrazem są dość chamskie manifestacje przed kolejnymi budynkami, gdzie Prezes przemawia.

Reklama

Wujaszek mówi co chce

Telewizje puszczają wystąpienia Kaczyńskiego w całości. Kilka razy zdarzyło mi się posłuchać. Powstaje wrażenie strumienia świadomości. Kaczyński mówi, o czym chce, temat przelewa się w temat. Te pełne dygresji homilie to charakterystyczna jego specjalność.

Oczywiście TVP, w mniejszym stopniu inne media, wybierają potem najbardziej charakterystyczne fragmenty. Ale jeśli się wsłuchać w całości, ma się wrażenie zaskakującej staroświecczyzny - w formie, a po części i w treści. Od powtarzania: "my mamy rację, mamy rację i mamy rację, nie znika wrażenie buksowania, braku nowych pomysłów, natarczywego wracania do starych wątków i wojen sprzed lat".

Kaczyński nie kupuje podstawowych reguł PR-u. Jego dziwaczny w formie wywód o młodzieży uzależnionej od smartfonów to klasyczny przykład. Nie było niej nic strasznego. Co więcej, natychmiast jego tyradę zaczęto deformować. Nie mówił nic o "zdegenerowanej młodzieży", a na drugi dzień czytałem w politycznych portalach takie "streszczenia".

A jednak robiło to wrażenie marudzenia wujaszka, któremu się coś nagle przypomniało. Dającego opozycji - od Tuska po Hołownię - okazję do drwin i przestróg. "Zobaczcie, ten dziaders czegoś od was chce". Gdzieś przeczytałem, że Kaczyński może sobie na to pozwolić, bo celuje w wyborców starszych roczników. Pewnie tak, młodzi dziś to statystycznie nie tak istotna część polityki, choćby z powodów demograficznych - jest ich przecież mniej.

Ale nie sądzę, żeby Prezes to sobie w ogóle planował, układał, uzgadniał cokolwiek ze spin doktorami (nie ma ich przy sobie). Mówi, co mu przychodzi do głowy. Bo przecież ma prawo wypowiadać swoje zdanie. W monarchicznie zorganizowanej partii nikt tego nie zakwestionuje, nikt nie zwróci mu uwagi.

Czy to dla PiS obciążenie? Prof. Antoni Dudek przestrzega, że wprawdzie Kaczyński integruje dobrze znanymi hasłami, twardy, mniej więcej 20-procentowy elektorat prawicowy. Ale może zniechęcić lub przynajmniej niedostatecznie zachęcić kolejne kilkanaście procent, które się przyłączyło w następstwie socjalno-ekonomicznej polityki PiS. Po najnowszym sondażu pracowni Kantar, gdzie Koalicja Obywatelska prześciga obóz Kaczyńskiego, widać niepokojącą tendencję.

Tusk jeszcze straszniejszy?

Jeśli to niebezpieczeństwo nie jawi się jako bardzo dramatyczne dla prawicy, to z powodu natury polskiej polityki. Donald Tusk straszący polityków PiS mniej więcej co trzeci dzień więzieniem stał się elementem tej samej polskiej szopki epatującej pozornym dramatyzmem. To też jest oferta głównie dla twardego elektoratu, tego antypisowskiego. To jego reprezentanci opluli żonę profesora Żerki, kiedy szła na jedno ze spotkań z liderem PiS.

Oczywiście, Tusk pretenduje do roli tego bardziej światłego, europejskiego i nowoczesnego. On pewnie uniknąłby opowiadania o smartfonach. Ale czy choćby na tle tego, co dzieje się na Ukrainie, blask europejskości i nowoczesności Tuska odrobinę nie przygasł? Przecież efektem jest wielka kompromitacja elit niemieckich i francuskich. I nowe wyzwania, na które Platforma nie znajduje odpowiedzi. A gdy dodać jego trudną do opanowania agresywność...

Na tle takich konkluzji przaśność Kaczyńskiego, jego staromodne nawyki, mogą mniej razić. Pozostają oczekiwania dotyczące choćby inflacji, cen energii, kosztów życia. Kieruje się je z naturalnych powodów w stronę rządzących. Można oczywiście opowiadać - to znowu Kaczyński - że nie daje się rozładować na czas węgla, bo PO sprzedała kiedyś, czy wydzierżawiła portowe wybrzeża. Ale to pomijając wątpliwości, ile w tym prawdy, opowiastka zbyt skomplikowana, żeby mogła osłodzić ludziom codzienne kłopoty.

Tego wrażenia doznałem także czytając wywiad Jarosława Kaczyńskiego dla Interii przeprowadzony zręcznie przez Marcina Fijołka. Powrócił na chwilę Kaczyński dawniejszy: dowcipny, wyluzowany. Potrafi się zdobyć na odrobinę więcej dystansu wobec siebie niż wiecznie rozżarty walką Tusk.

Prezes zajęty partią

Ale tak naprawdę ma się wrażenie straszliwego uwikłania w bieżączkę. Tak straszliwego, że znika poszukiwanie bardziej trwałych recept na przyszłość. Jego opowieść o młodych ludziach w partii, przed którymi trzeba bronić starszych , zasłużonych działaczy, jest tak doraźna i anachroniczna, jak tylko można. Prezes zawsze koncentrował się na badaniu metryk i studiowaniu rozbieżności między pokoleniami. Ci młodzi ludzie to podobno ludzie premiera, który sam ma lat 54. Oni to zapewne czterdziestolatkowie.

Te zabawy się Kaczyńskiemu nie nudzą. Przy okazji mamy kolejną delikatną przestrogę dla premiera, chociaż opatrzoną deklaracją, że go nie odwoła. Kaczyński niby go broni przed partyjnymi "spiskowcami", ale przecież nie do końca. Wszystko to znamy od lat. Pojawia się tylko pytanie, czy między tymi partyjnymi igraszkami nie znikają cele, ważne idee i pomysły na przyszłość, choćby pytanie o to, jak miałby wyglądać PiS wraz z towarzyszącymi mu środowiskami i instytucjami powiedzmy za 10 lat.

Odwołałem Piotra Naimskiego, bo mogłem, odpowiada Kaczyński, wyraźnie zafascynowany kontrowersyjnym pomysłem wielkiego energetycznego koncernu rozsnuwanym przez Daniela Obajtka. Politycy mają prawo rozmawiać z prezes Trybunału Konstytucyjnego Julią Przyłębską, bo przecież Platforma rozmawiała z Andrzejem Rzeplińskim. Mogę się wypowiedzieć niezbyt ładnie o Władysławie Kosiniaku-Kamyszu, bo on nas brzydko atakuje. Opowieści o niegodziwościach opozycji przeplatane są wspominkami. Prezes wraca do nich coraz częściej.

Ta rozmowa uświadomiła mi jeszcze mocniej niż występy Jarosława Kaczyńskiego w Polsce, jak iluzoryczna jest siła najpotężniejszych polityków. Prezes we własnym świecie, w swoich kolejnych centralach na Nowogrodzkiej czy w Kancelarii Premiera, może właściwie powiedzieć i zrobić, co zechce. A jednak o jego politycznej przyszłości coraz mocniej decydują potężne siły na które nie ma wpływu: Putin i jego wojna, wielkie procesy ekonomiczne z cenami energii, COVID-19, Unia ze swoimi obstrukcjami wymierzonymi w polskie władze i polską samodzielność stanowienia prawa.

Kaczyński nie raz i nie dwa przekonuje się, jak niewiele może. Dobrego przykładu dostarczyła jego reakcja na kłopoty z bankami w obliczu coraz wyższych stóp procentowych. Reakcją na rosnące stawki kredytów i dużo słabiej podnoszone oprocentowanie wkładów miało być jakieś mityczne opodatkowanie bankowości (a może i spółek państwowych). Prezes zapowiadając to, brzmiał groźnie, dostał oklaski na którymś ze swoich spotkań.

Kilka dni później rzecznik rządu objaśnił, że owo karne opodatkowanie to jedynie ustawa o wakacjach kredytowych. A przecież wszyscy eksperci twierdzą, że jest ona z założenia dziurawa. Że banki znajdą sposoby, żeby to sobie odbić kosztem swoich klientów. Można się nadymać i prężyć muskuły. Świat polityki dostaje kolejne lekcje jak niewiele może. Oskarżanemu o autorytaryzm liderowi partii rządzącej pozostają dykteryjki.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy