Reklama

Reklama

Impreza Mazurka - z dziejów głupoty w Polsce

Donald Tusk, wzywając na dywanik Borysa Budkę oraz Tomasza Siemoniaka i zmuszając ich do oddania się do dyspozycji władz Platformy Obywatelskiej za udział w imprezie, przekracza szczególną granicę śmieszności. Bo nadaje niemądrej wrzawie rangę formalną.

Uczyniono z czyjegoś prywatnego przyjęcia urodzinowego kluczowy temat politycznych debat i sporów na wiele dni. Mowa o pięćdziesiątce Roberta Mazurka, dziennikarza różnych mediów, przede wszystkim prowadzącego rozmowy w RMF FM. Fakt ten dowodzi szaleństwa polskich mediów i polskiej polityki.

Pojawiło się wiele memów: w obronie Mazurka i jego gości, albo przeciw nim. Może najzabawniejszy był ten: wesoła twarz gospodarza urodzin jego podpisana: "Czy to libacja? To Platformy reorganizacja".

Dywanik u Tuska, czyli absurd

Donald Tusk, wzywając na dywanik Borysa Budkę oraz Tomasza Siemoniaka i zmuszając ich do oddania się do dyspozycji władz Platformy Obywatelskiej, przekroczył bowiem szczególną granicę śmieszności. Nadał niemądrej wrzawie, jednej z tych, jakimi żywią się media, szczególnie te społecznościowe, rangę formalną. "Winą" karanych ma być udział w prywatnej imprezie o "niewłaściwym" składzie.

Reklama

Oczywiście w tle jest odpowiedzialność polityków za nieobecność w Sejmie. Ale przecież gdyby nie zdjęcia zamieszczone w jednym z dzienników żadnej afery by nie było.

Nie jest tak, że wszyscy posłowie są zawsze obecni w parlamencie podczas obrad. Chodzi o złe wrażenie wywołanie faktem, że wspomniani już liderzy PO uczestniczyli w jednym zdarzeniu towarzyskim z politykami PiS. To okazuje się polityczną przewiną ciężkiego kalibru. Zgodnie z proklamowaną zasadą wojny absolutnego dobra z absolutnym złem. Której to zasadzie rzeczeni politycy PO, podobnie jak inni obecni na tej imprezie, także często basowali, więc żałuję ich średnio. Żałuję jednak Polaków, którym robi się papki z mózgu, zachęcając do nienawiści - między partiami i ideologiami.

Ta impreza oburza niektórych poważnych komentatorów (pytanie, czy nie przestają być poważni), celebrytów, oraz zwykłych konsumentów internetowej papki, którzy doznają nagle wrażenia, jakby odsłonięto przed nimi jakiś piętrowy spisek, albo obrzydliwą orgię z udziałem "ważnych ludzi". Ludzie obozu rządzącego i opozycji "balują razem", czytam we wpisie dziennikarza jednego z liberalnych portali.

Kilka technicznych szczegółów

Tak się składa, że byłem na tym przyjęciu, pośród tłumu nie tylko polityków, ale dziennikarzy, aktorów, muzyków, a nawet księży. Dorzucę więc kilka technikaliów, które w teorii mogłyby osłabić ciąg niezdrowych skojarzeń i podejrzeń.

Po pierwsze, nikt nie ogłaszał wcześniej jakiejś listy gości. Przekonanie, że poseł Borys Budka, szef klubu parlamentarnego PO, wyruszał na ulicę Spokojną ze świadomością, że spotka tam wicepremiera Piotra Glińskiego czy posła Marka Suskiego, jest obciążone podstawowym błędem logicznym.

To samo dotyczy perspektywy spotkania byłego ministra Łukasza Szumowskiego, któremu istotnie opozycja stawia jakieś prawne i etyczne zarzuty. Tyle że oni wszyscy nie umawiali się ze sobą na wódkę czy na szampana. Jechali do Mazurka, którego znają od lat ze wspólnych miejsc pracy.

Po drugie, fakt, że na którymś zrobionym podstępnie zdjęciu widzimy polityka PiS i polityka PO, o niczym nie świadczy. Było tam sporo ludzi, rozmaite grupy sąsiadowały ze sobą albo się mijały, nie oznacza to ani zażyłości, ani wzajemnego picia alkoholu.

Z moich obserwacji wynika, że przypadki interakcji między różnymi opcjami politycznymi były sporadyczne. Nie mogę zagwarantować, że nie doszło do wymieniania pojedynczych słów czy zdań. Ale na przykład przy stolikach obowiązywała już raczej środowiskowa izolacja. Nieco inaczej było z dziennikarzami, ale i pośród nich czasy serdecznego bratania się konserwatystów i liberałów należą bardziej do przeszłości.

Ręce opadają

Czy was uspokoiłem? Nie sądzę. Chorobliwa podejrzliwość jest cechą obecnego życia publicznego i stan ten będzie się pogłębiał. Po co to więc piszę? Bo ciągle mam nadzieję, że choć jedna zaperzona osoba dostrzeże żenującą śmieszność takich tłumaczeń, a więc też całej tej wrzawy.

Pojawia się też teza, że sam Robert Mazurek ujawnił swoje prawdziwe oblicze: dziennikarza zblatowanego z politykami, których potem przesłuchuje w studiu RMF. Czy jest on zblatowany z kimkolwiek, można się dowiedzieć właśnie z tym rozmów. Nie ma moim zdaniem wywiadów bardziej drapieżnych i bardziej trzymających równy dystans do stron rozmaitych politycznych i społecznych wojen polsko-polskich.

Choć oczywiście kogoś, kto chce i musi podejrzewać, nikt nie przekona. Ekumeniczność składu gości na tym przyjęciu (tak jak w tych audycjach) powinna być najlepszym świadectwem bezstronności Mazurka. Ale logika, zdrowy rozsądek, nie są atrybutami takich połajanek.

To będzie mój najkrótszy felieton w Interii. Bo trochę się go wstydzę. Wrażenia, że dyskutując, schodzę do poziomu cenzorów i samozwańczych prokuratorów. Ludzie, czy wy naprawdę nie widzicie, jak nisko upadliście? Ręce opadają!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL