Reklama

Reklama

Ile Unii w Unii? Na jaką Unię się umawialiśmy w 2004 roku?

Czy Trybunał Konstytucji miał prawo stwierdzić, że w pewnych sferach polska konstytucja jest ważniejsza niż prawo Unii? Moim zdaniem miał, choć kontekst polityczny jest fatalny. Czy zaczął się polexit? Możliwe, choć nieprzesądzone.

Po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego "Gazeta Wyborcza" ogłasza, że polexit się rozpoczął. Polityk opozycji Kazimierz Ujazdowski opowiadał wczoraj, że Władimir Putin zapewne uczcił ten werdykt szampanem. I gazeta i opozycja mogą mieć co do diagnozy rację. Ale oczywiście nie spytają, czy to kwestia decyzji tylko Polski. Jaka jest w tej sprawie linia Unii Europejskiej i ku czemu ona zmierza?

Unia się rozpycha

Zacznijmy jednak od przekłamań, jakie się pojawiają na marginesie tego orzeczenia. Słyszymy, że prawo krajowe zostało uznane za ważniejsze od unijnego. Nie prawo, nie każdy przepis, a polska konstytucja. A co ważniejsze, nie w każdej  sprawie, a jedynie tam, gdzie Unia nie ma w traktatach wprost zapisanego prawa do ingerencji w kompetencje państw narodowych.

Reklama

Spór jest wywołany orzeczeniami Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej wymierzonymi w polską reformę (a jak chce opozycja: "deformę") sądownictwa. Czy Unia ma prawo wpływać na kształt wymiaru sprawiedliwości państw członkowskich? Obóz rządzący i wspierający go prawnicy twierdzą, że nie. Piszę "Unia", bo wprawdzie mówimy o wyrokach unijnego trybunału, ale zapadały one na wniosek Komisji Europejskiej, i są przez nią wspierane.

Politycy PiS pytają: "Na jakiej podstawie, w oparciu o jaki przepis?" Trzeba zajrzeć do skargi Komisji Europejskiej z roku 2020, która podważyła legalność Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Podstawą ma być artykuł 19 ustęp 2 Traktatu Unii Europejskiej.

On jest zresztą traktowany przez TSUE jako podstawa własnej ekspansji orzeczniczej. Tyle, że brzmi on dość enigmatycznie: "Państwa członkowskie ustanawiają środki niezbędne do zapewnienia skutecznej ochrony prawnej w dziedzinach objętych prawem Unii". To jest zadekretowanie związków między sądownictwem UE i sądami państw członkowskich. Poprzedni ustęp stwierdza, że Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej zapewnia poszanowanie prawa w wykładni i stosowaniu Traktatów. To jednak nadal nie rozstrzyga, czym są "dziedziny objęte prawem Unii".

Już bardziej przekonujący jest również przywołany przez Komisję Europejską, a potem przez TSUE artykuł 47 ustęp 2 Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej. Mówi on, że "Każdy ma prawo do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia jego sprawy w rozsądnym terminie przez niezawisły i bezstronny sąd ustanowiony uprzednio na mocy ustawy". To zdanie mogłoby w teorii dawać Unii, a więc i unijnemu sądownictwu, prawo do interpretowania, gdzie w Europie szanuje się sądową niezawisłość, a gdzie ją się depcze.

No tak, tylko że zgódźmy się: jest to wytyczna wątła. Daje w teorii prawo do interwencji, ale też do radosnej twórczości TSUE, który może definiować niezawisłość (i bezstronność) sądów, jak chce. To skądinąd pokusa każdego trybunału, w krajach anglosaskich znana od kilkuset lat, a w kontynentalnej Europie pogłębiająca się po drugiej wojnie światowej. Przypomnijmy, co robił polski TK w ciągu dziesięcioleci z zapisem "Polska jest demokratycznym państwem prawnym". Na tej podstawie nie tylko zakazano częściowo aborcji, ale próbowano modelować kształt procesu lustracyjnego, albo egzaminów prawniczych.

To że różni sędziowie robią tak od lat, nie musi oznaczać, że to dobra tendencja. W przypadku TSUE na dokładkę rzecz jest forsowana bocznymi drzwiami. Relację między państwami członkowskimi i organami Unii modeluje się bez choćby szczątkowej debaty. Skądinąd za przyzwoleniem znaczącej większości europejskich polityków, którym wystarczy domniemanie, że sędziowie TSUE mają w ogólnych zarysach podobne przekonania jak oni.

Co unijne, co krajowe?

Czy nie powinien istnieć podział na to co unijne, i na to co krajowe. On istnieje nawet w poszczególnych państwach. W USA czy w Niemczech, jeśli konstytucja przyznaje coś stanowi czy landowi, rząd federalny w zasadzie nie powinien się tym zajmować. W Stanach konstytucja przewiduje nawet, że wszystko, czego nie przyznano władzom federalnym, należy do stanu. A przecież to jest jedno państwo. Unia państwem nie jest, a wspólnotą.

Nawet w państwie unitarnym, takim jak Polska, władze centralne nie mogą wszystkiego. Jeśli - przykładowo organizacją szkół zajmują się samorządy, to wtrącenie się w nie rządowych urzędników wymaga zmiany przepisu. Czy państwa narodowe mają mniejsze prawa w Unii niż samorządy w Polsce? A co z zasadą pomocniczości?

Naturalnie, są i argumenty drugiej strony. Rzecznicy kolejnych orzeczeń TSUE powiadają, że Unia jest wspólnotą demokratyczną. Nie może więc być tak, że w niektórych państwach członkowskich nie przestrzega się tak zwanych unijnych standardów. To ważki argument.

Tyle, że te standardy bywają dyskusyjne wątpliwe, naciągane. Polska Krajowa Rada Sądownictwa została wybrana przez polityków. To ma oznaczać jej "niedemokratyczny" charakter, Tuż przed orzeczeniem polskiego TK, TSUE uznał, że można pomijać orzeczenia sędziów mianowanych przez taką Radę.

Nie jestem entuzjastą "reformy sądownictwa" zaprogramowanej przez ministra Ziobrę, a tak naprawdę przez Jarosława Kaczyńskiego. Nie sądzę, żeby receptą na lepsze sądownictwo było większe uzależnienie polityki kadrowej od parlamentu i od rządu. Można też twierdzić, że PiS jest sam sobie winien. Że zaczynał "naprawianie" sądów od pomysłu usunięcia całego Sądu Najwyższego. Że robił to w atmosferze rewolucji. Że wyraźnie kierował tę reformę przeciw innym siłom politycznym. W Niemczech sędziów wybierają owszem ciała złożone z polityków, ale w atmosferze ponadpartyjnego konsensusu. W Polsce - nie.

No tak, może więc unijni urzędnicy i słusznie to krytykują. Pozostaje dla mnie jednak kwestią otwartą, czy Unia Europejska ma prawo to poprawiać. Jeśli tak, dlaczego tego prawa wyraźniej, dobitniej nie zapisała. Dlaczego TSUE rozszerza przedmiot swoich zainteresowań bez wyraźnych prawnych podstaw? Takie podstawy to również gwarancja praworządności.

Problem nie tylko polski

Może i PiS w jakiejś mierze to sędziom TSUE ułatwił swoją radosną twórczością. Ale przecież rządowi politycy mają rację: problem pojawiał się i pojawia nadal nie tylko w Polsce.

To prawda, francuska Rada Stanu czy niemiecki Trybunał Konstytucyjny zajmowały się mniej drażliwymi tematami: na przykład relacją między prawem do prywatności i bezpieczeństwem, albo szczegółami władzy państwa niemieckiego nad skupem obligacjami. Ale w obu przypadkach ich werdykty, formułowane ostrożniej i w koncyliacyjnym wobec Unii tonie, dotykały jednak pytania, czy TSUE ma nieograniczone prawo do poszerzania granic własnych kompetencji. Ile pozostaje tu miejsca dla władz państw narodowych. Były to próby zatamowania zbytnich ambicji TSUE.  

Argument, że to nie to samo, bo tam wniosków nie formułował rząd i nie robił tego w tak prowokacyjnym tonie jak Morawiecki, jest argumentem politycznym, nie prawnym. Kwestia podziału uprawnień między Unię i państwa Unii nie została wciąż rozstrzygnięta. To że akurat spór z Polską jest tak dramatyczny, wynika z konfliktu ideologicznego. Eurokraci i większość zachodnich polityków uważa polską prawicę za ideowego wroga. Polska prawica patrzy na nich podobnie.

Na co się umawialiśmy?

Ciężko się jednak zgodzić z kolejnym przekłamaniem. Przecież w roku 2004 umawialiśmy się na pierwszeństwo prawa unijnego wobec polskiego, ogłosił w telewizji Polsat były premier Leszek Miller, który wybrany do europarlamentu ze wspólnej listy z PO, stał się emocjonalnym euroentuzjastą. Powtarza tę formułkę wielki chór innych euroentuzjastów.

Z całym szacunkiem, to nieprawda. Sam uczestniczyłem w 2004 roku w niejednej debacie nad przystąpieniem Unii. Akcentowano wtedy ograniczone uprawnienia i zadania Unii. Podkreślano, że państwa członkowskie zachowują pełną samodzielność w sprawach wewnętrznych.

Czy gdybyśmy się umówili wtedy na to, żeby Unia miała prawo naginać prawo krajowe we wszystkim, Trybunał Konstytucyjny Zbigniewa Safjana w roku 2005, i Trybunał Konstytucyjny Andrzeja Rzeplińskiego w roku 2010 ogłaszałby nadrzędność polskiej konstytucji wobec umów międzynarodowych?

Rozumiem, możemy się umówić, że jest inaczej. Że władze i sądy Unii mają być silniejsze wobec obywateli Polski, Hiszpanii czy Rumunii niż władze i sądy państw federalnych wobec swoich prowincji. Ale to powiedzmy to wprost, zapiszmy. Przyznajmy, że dążymy do europejskiego superpaństwa. Przedyskutujmy!

Wyjątkowo ciężko mi się o tym dyskutuje, bo nie przyznaję PiS wielu racji merytorycznych w sporach z "resztą świata". Ale to jest spór prawny. Skądinąd boję się Unii zbyt "ciężkiej", scentralizowanej, wtrącającej się we wszystko. Nadmierna władza sędziów to odrębny problem.

Spór wygląda na gwałtowny, właściwie zero-jedynkowy. Choć Unii powinno zależeć na przychylności polskiego rządu, który w tym samym czasie powstrzymuje napór imigrantów na Zachód, w tej sprawie nikt się nie cofa. Najwyraźniej zachodnie elity polityczne szukają w wychowywaniu Polski i Węgier recepty na unijną tożsamość, nadwątlona rozmaitymi błędami i gospodarczymi niepowodzeniami.

Filozofia Michnika w działaniu

Wierzę, że polski rząd nie chce polexitu, ale on może wyniknąć z serii decyzji i kontr decyzji. Tyle, że odpowiedzialność za to ponosić będą obie strony, także funkcjonariusze Unii.

W Polsce też powinna się odbyć debata serio o naszych relacjach z Unią. Tyle że jest ona niemożliwa, przy takiej politycznej polaryzacji. Opozycja przyznaje Unii rację we wszystkim, wymachując sztandarem cielęcego euroentuzjazmu. Z kolei prawica się okopuje, szykując do odparcia kolejnych ataków, a to nie sprzyja myśleniu.

Nie wiem, co z tego zrozumieją i jak zareagują zwykli Polacy. Kiedy jedna hiszpańska sędzia chce pozbawić prądu kilka milionów ludzi (mowa o Turowie), reakcja jest oczywista. Ta sędzia pracuje nie tylko na rzecz PiS, ale także podsyca nastroje antyunijne w Polsce.

Ale spór o relacje prawa unijnego do krajowego brzmi abstrakcyjnie. Licytacja, który sąd jest legalny, a który nie, może zmęczyć publikę. A gdy w grę wchodzi groźba zablokowania ogromnych funduszy, Polacy mogą się najzwyczajniej w świecie wystraszyć. I uznać, że PiS wciąga ich w awanturę nazbyt kosztowną.

Adam Michnik przyznał otwarcie, że kibicuje wojnie z polskim rządem przy pomocy "ulicy i zagranicy" - skoro mamy władzę autorytarną, zagraniczna presja jest czymś równie uprawnionym jak w czasach komunizmu. Rzecznik PiS Radosław Fogler spytał, gdzie przesłać Michnikowi kwiaty. Bo się odsłonił i pokazał plan opozycji chcącej obalać, albo przynajmniej blokować demokratycznie wybrany polski rząd przy pomocy obcych. Ale na dłuższą metę filozofia polityczna Michnika może się okazać skuteczna.

Ceną będzie nasza suwerenność, ale możliwe, że Polacy są w stanie ją poświęcić. Do tego naturalnie PiS musi przegrać kolejne wybory.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje