Reklama

Reklama

Bruksela da nam pieniądze w zamian za nowy podatek? Czy my to jeszcze ogarniamy?

Trwa w Polsce debata, czy Unia powinna być federalnym superpaństwem. PiS wybrało jako pole bitwy obronę swojej reformy sądownictwa. Ale przykład warunków do KPO pokazuje, że i tak jesteśmy na drodze do federalizacji Europy.

Niby finiszujemy w sprawie Krajowego Planu Odbudowy, a przecież pewności wciąż nie ma, czy to naprawdę finisz. Z KPO Polska ma dostać 23,9 miliardów euro z grantów, 11,5 z pożyczek. Jesteśmy niby po decyzji kolegium unijnych komisarzy. Ale wizyta przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen w Warszawie nie rozwiała wątpliwości.

Ezopowa von der Leyen

Szefowa unijnego "rządu" odmówiła podczas konferencji prasowej oceny prezydenckiej ustawy likwidującej Izbę Dyscyplinarną Sądu Najwyższego. Skoro jednak KE odmawia funduszów do czasu spełnienia jej warunków, będzie w końcu musiała takiej oceny dokonać.

Reklama

Może na razie chodzi o to, że prace nad ustawą się nie skończyły. Może to gest wobec opozycji, która twierdzi, że dopiero jej poprawki przyjęte przez Senat oznaczają spełnienie żądań Komisji. Ale Sejm zapewne te poprawki odrzuci. Jak zdecyduje wtedy Bruksela? Na razie mówi się o wielu kolejnych miesiącach na podjęcie tej decyzji.

Ezopowe wypowiedzi von der Leyen nie pomagają ani wytyczyć horyzontu czasowego, ani zrozumieć, czego KE tak naprawdę oczekuje. Jeden przykład: przewodnicząca oznajmiła podczas konferencji, że jednym z warunków jest przywrócenie sędziów zawieszonych "z naruszeniem prawa". Ma to się stać "do końca przyszłego roku". Czy to oznacza, że do końca przyszłego roku zaczekamy na te pieniądze? I z naruszeniem jakiego prawa oni mieli być zawieszeni? Polskiej konstytucji? Unijnych traktatów? Realizowano prawo, które zostało teraz zmienione, ale było obowiązujące. Kto ma stwierdzić to naruszenie?

W efekcie opozycja nie wie, jak się zachowywać. Przez kilka dni widzieliśmy posępne twarze jej polityków zapewniających, że Polska nie może bez poprawek Senatu dostać tych pieniędzy. Wczoraj nagle niektórzy jej przedstawiciele (Dariusz Rosati w Polsacie) zaczęli objawiać radość. Ale czy ta radość się utrzyma, kiedy okaże się, że jednak dyscyplinarne orzeczenia likwidowanej Izby nie zostaną - jak chce Senat - uchylone z mocy prawa, a sędziowie rekomendowani przez "upolitycznioną" Krajową Radę Sądownictwa nie będą usunięci z Sądu?

Czy to bezpieczne dla opozycji, żeby traktowała Brukselę jako arbitra w drobiazgowym rozstrzyganiu, jaki powinien być ustrój polskiego sądownictwa? I czy powinna ona otwarcie zabiegać, aby w razie niespełnienia warunków dotyczących polityki wewnętrznej, Polska nie dostała pieniędzy? Z drugiej strony polski rząd też w ostateczności się na taką drogę zgodził.

Czar nowego podatku

Ale dla mnie większą sensacją było nagłe pojawienie się w debacie innych warunków Komisji - jest ich około 300. O niektórych słyszeliśmy, choćby u uzusowieniu wszystkich umów o pracę. Od lat zapowiada to, ale odwleka ten rząd. Domaga się też tego, ale tylko wtedy, kiedy nie rządzi, opozycja.

Niektóre warunki zdają się zaskakiwać wszystkich, nawet jeśli media odkryły je kilka dni wcześniej. Choćby nowy podatek od pojazdów spalinowych i wyższa opłata za rejestrację takich samochodów. Zobaczyliśmy nagle zmartwione twarze polityków opozycji, którzy zaczęli się dopytywać, co rząd tak naprawdę wynegocjował z Brukselą. - Ja też mam diesla - jęknął do kamery europoseł PO.

Problem w tym, że opozycja nie może sobie pozwolić na ostrzejszą reakcję, bo sama chce "roztapiać" Polskę w Unii, jeszcze bardziej niż PiS. Nie może nagle obsadzić Brukseli w roli złego policjanta, który nam coś narzuca. Nie bardzo jest więc komu się o to pytać. O sprzeciwie nie wspomnę.

Dla mnie bardziej zdumiewające jest kompletne wyłączenie tych kwestii z jakiejkolwiek debaty. Ot, ktoś nam coś przypadkowo i zdawkowo obwieścił. De facto sam premier Morawiecki zachowywał się tak, jakby to było coś oczywistego.

Podczas wspólnej konferencji z prezydentem Dudą i panią von der Leyen próbował w zawoalowany sposób bronić rządowego stanowiska w sprawie sądów ("nie dopuścimy do anarchii w sądownictwie"). Za to pytany o zapowiedź nowego podatku niejasno tłumaczył jego ekologiczność, więc nieodzowność.

Może to i jest coś oczywistego, ale chyba Polakom nie daje się okazji, aby chociaż do tego dojść na własną rękę. Oskarżane o spiskowanie w kierunku polexitu władze nie różnią się tu od opozycji. Wyjątkiem jest Konfederacja, która od początku mówiła, żeby się nie godzić na europejski Plan Odbudowy. Do narzekania powrócił Zbigniew Ziobro.

Autostopem przez galaktykę

Można jednak odnieść wrażenie, że toczy się walec i nic go nie zatrzyma. Nie do końca nawet wiemy, co on nam tak naprawdę wyrówna. Minister rozwoju i technologii Waldemar Buda sugerował, że ten podatek może być symboliczny, ba, że można załatwić sprawę ulgami dla posiadaczy pojazdów elektrycznych. Istotnie ten warunek jest sformułowany enigmatycznie.

Ale czy mamy pewność, że kiedy spróbujemy to załatwiać tak, jak nam się wydaje, Bruksela nie powie, że to nie wystarczy? Taka ogólnikowość może jest groźniejsza niż szczegółowa instrukcja, co mamy robić.

Minister Łukasz Schreiber mnożył wątpliwości, a na koniec oznajmił: "albo droga z Europą i wolnym światem, albo współpraca z Rosją". Brzmi to nawet przekonująco. Także transformacja w kierunku ekologicznym może być zasadna. Mam jednak wrażenie, że nie ogarniamy natury i rozmiarów tej transformacji. Nagle dowiadujemy się, że coś jest nieodzowne.

W filmie z 2005 roku "Autostopem przez galaktykę" (adaptacji powieści Douglasa Adamsa) postaci z kosmosu, Dogonowie, postanawiają zniszczyć pewną planetę. Kiedy ktoś ma do nich o to pretensję, tłumaczą, że przecież wysłali w tej sprawie pismo. A że nikt go nie zauważył... Mamy tu chyba, niezależnie od merytorycznych ocen, dobry przykład alienacji zwykłego obywatela wobec nowych norm. Czym są na wyższym szczeblu przesądzane, tym mniej o nich wiemy i mniej nad nimi panujemy.

Trwa w Polsce debata, czy Unia powinna być federalnym superpaństwem. PiS wybrało jako pole bitwy obronę swojej reformy sądownictwa. I można mieć co najmniej wątpliwości, kiedy urzędnicy z Brukseli próbują nam objaśniać, jak ma w Polsce działać wymiar sprawiedliwości. Ale przykład warunków do KPO pokazuje, że i tak jesteśmy na drodze do federalizacji Europy. Bruksela próbuje ją kupić od państw narodowych za cenę pożyczek i dotacji.

Komisja Europejska stawia jako warunek do KPO nawet zmianę regulaminu polskiego Sejmu. Ma być mniej okazji, żeby przyśpieszać tryb prac nad ustawą. Może nawet KE ma w tej kwestii rację. Pytanie, czy ma prawo to wymuszać. I czy nie pogubimy się w gąszczu praw, które będziemy coraz słabiej ogarniać.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy