Reklama

Reklama

Patrzcie!!! Jak ja się pięknie oburzam!!!

Do Polski dotarła z Zachodu wielka moda na oburzanie się. Pod wieloma względami ta "kultura oburzu", "dawania świadectwa" i "manifestowania swojej moralnej wyższości" zaczyna nam zastępować całą debatę publiczną.

Oburzyć się można na wszystko. Można na straszliwy rasizm. Albo na jeszcze gorszy antyrasizm. Można na kapitalizm. Albo na socjalizm. (Wybierzcie co wolicie!) Można na fundamentalizm wierzących. Albo na (jeszcze większy!) radykalizm niewierzących. Uniwersalnym tematem oburzenia jest oczywiście to, że ktoś powiedział lub napisał. Nie napisał? Albo nie powiedział? Cóż z tego, skoro przecież... mógł powiedzieć albo napisać.

Najnowszym i najświeższym tematem do rytualnego oburzenia jest oczywiście mundial w Katarze. Nagle tysiące ludzi odkryło, że piłka nożna jest skomercjalizowana. I że o tym, kto przyznaje prawa do organizacji mistrzostw świata nie decyduje żaden demokratyczny organ, tylko sama światowa federacja piłkarska, która potem te mundiale organizuje. I ona - o zgrozo - wybiera gospodarza mundialu wedle kryterium czysto monetarnego. No dość to jest niesamowite, prawda? 

Reklama

Ale nie koniec na tym. Poczyniono na przykład niesamowite odkrycie, że na świecie panuje wyzysk ekonomiczny. I że wyzyskiwana tania siła robocza tyra w tragicznych warunkach. Szok i niedowierzanie, bo przecież wszyscy myśleliśmy dotąd, że takie rzeczy w XXI wieku zdarzyć się nie mogą.

Kiedy zaczęła się komercjalizacja piłki?

Nie zrozumcie mnie źle. Wszystko są to odkrycia niewątpliwie prawdziwe. Czy piłka nożna jest skomercjalizowana? Oczywiście, że jest. I to nie od wczoraj. I nie z powodu przyznania Katarowi prawa do organizacji XXII mistrzostw świata w piłce kopanej. Stało się to dużo wcześniej. 

Ciekawi niech szukają tropów na przełomie lat 80. i 90., czyli w początkach Premier League czy Ligi Mistrzów. Instytucji sto razy bardziej zdominowanych przez wielki pieniądz niż rozgrywany co cztery lata mundial. I tak! Wyzysk w warunkach współczesnego realnego kapitalizmu jest wielki. Ale też nie rozpoczął się wraz z budową stadionów w Katarze. I tam się nie skończy. 

Nawet u nas w Polsce można znaleźć w ostatnich latach wiele przykładów śmierci z przepracowania albo fatalnych warunków pracy. Można nawet powiedzieć skąd się te tragiczne wypadki biorą. I że - generalnie - jest ich tym więcej, im słabszą mamy pozycję pracownika w kraju, im wyższe jest tam bezrobocie i im więcej na rynku pojawia się pracowników migrantów. Gotowych (przynajmniej na początku) podjąć (z desperacji) pracę na każdych warunkach i za każde pieniądze.

Bezsensowny bojkot mundialu w Katarze

Wszystko to prawda. Problem jednak w tym, że odkrywając je teraz nagle i w atmosferze wielkiego wzmożenia, opinia publiczna doznaje olśnienia niczym pan Jourdain. Ten, co nagle zrozumiał, że mówi prozą. Choć pewnie jest jeszcze inaczej - gdyby ów pan Jourdain żył nie na kartach komedii Moliera z XVII wieku, tylko raczej dziś, toby się oczywiście i bezapelacyjnie oburzył. Potępiłby w czambuł mówienie prozą i zawezwał do bojkotowania prozy. W nadziei na wymuszenie w ten sposób powszechnego zwycięstwa poezji. 

Z takiego wielkiego "oburzu" nic sensownego niestety urodzić się nie może. Podobnie jak nic sensownego nie urodzi się z propozycji "zbojkotujmy mundial w Katarze". Skrzykniemy się wszyscy w internecie i wtedy na pewno - rachu, ciachu - doprowadzimy do sanacji FIFA oraz gruntownej reformy kapitalizmu? No raczej w to wątpię.

Znałem kiedyś ideowego związkowca, który całe życie poświęcił realnej walce o prawa pracownicze. Był zawsze wielkim przeciwnikiem różnego rodzaju bojkotów. Uważał je za zwyczajne zawracanie głowy. Twierdził, że człowiek albo popadnie w szaleństwo i zamieszka w lesie kompletnie nagi - odmawiając konsumpcji wytworzonych w nieetycznych warunkach produktów oraz noszenia na grzbiecie ubrań pochodzących z niepewnego źródła (branża tekstylna wyzyskiem stoi, nie wiedzieliście?)... albo w hipokryzję i będzie głosił jedno, a robił drugie. 

Nie znaczyło to, że był cynicznym przeciwnikiem walki o zmianę na lepsze. Odwrotnie - poświęcił temu (jak wspominałem) całe życie. Ale szedł raczej drogą wytrwałej i żmudnej dłubaniny związkowej. Organizowaniu sporów zbiorowych, strajków i niekończących się negocjacji z pracodawcami.

Jego metoda była - by tak rzec - kompletnym przeciwieństwem sposobu działania oburzonych. Oburzenie ma dać natychmiastową gratyfikację w postaci poczucia moralnej wyższości. Po którym to akcie spełnienia ("przecież już dałem świadectwo!") można się rozejść i... poszukać kolejnych tematów do oburzenia. A jest ich przecież tak wiele.

Oburzeni? Trudno. Oburzajcie się do woli. Umiecie to doskonale. Dotarło do was choć słowo z tej mojej argumentacji? To poszukajcie prawdziwych aktów wyzysku i komercjalizacji u siebie pod nosem. Będzie z tego więcej pożytku niż z rytualnego pomstowania na Katarczyków. Którzy nawet nie wiedzą o waszym istnieniu.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy