Reklama

Największy grzech opozycji

AntyPiSowska opozycja utraciła w swojej świętej wojnie z Kaczyńskim cnotę zwyczajnego ludzkiego umiaru. Ale nie działa to wcale na jej korzyść i nie zbliża ich do trwałego przejęcia władzy. Bo Polacy nie są ślepi. Widzą fundamentalną różnicę pomiędzy prawdziwą rzeczywistością a medialno-polityczną fantasmagorią oferowaną im przez "Gazetę Wyborczą", TOK FM czy TVN 24.

Polityka polega na wyolbrzymianiu. To oczywiste. Własne dokonania są zawsze "przełomowe", "bezprecedensowe" i "kluczowe". Posunięcia przeciwnika to oczywiście "hańba", "katastrofa" i "kompletna porażka". Mamy tu taki rodzaj gry, krasomówczego ćwiczenia albo po prostu konwencji, w której trzeba się zmieścić. Jak sonet, haiku albo limeryk w poezji. Jak jazda obowiązkowa w łyżwiarstwie figurowym. Tak i pewnego rodzaju przesada i hiperbola są częścią politycznego rzemiosła w warunkach współczesnej medialnej i spolaryzowanej demokracji.

Jednak nawet tu kotwicą winna być cnota umiaru. Dla własnego dobra. Bo krytyka posunięć przeciwnika musi zachowywać choćby jako taki kontakt z rzeczywistością. Jeśli zaś tego kontaktu brakuje, to zaczyna się problem. Problem z wiarygodnością. Mam wrażenie, że nasza opozycja bardzo boleśnie się o to właśnie potyka.

Reklama

Żadnej sensownej krytyki polityki gospodarczej 

Najlepiej widać to dziś na przykładzie gospodarki. AntyPiSowska opozycja od roku 2015 stawia tu na całkowitą negację dokonań Zjednoczonej Prawicy. Wszystko, co się w gospodarce przez ostatnie siedem lat zdarzyło to była - zdaniem opozycji - "hańba", "katastrofa" i "kompletna porażka". Trochę to wynika ze starego przekonania liberalnego establishmentu, że tylko oni maja monopol na kompetencję ekonomiczną. Każda więc próba wchodzenia przez PiSowców na ich poletko to pożałowania godna uzurpacja. Trochę zaś jest to przejaw antyPiSowskiej metody na bycie opozycją totalną i pancerną. Efekt powziętego na samym początku założenia, że PiS ucieleśnia zło absolutne - więc z samej definicji - nic dobrego spod ręki tej formacji wyjść nie może. 

W efekcie polska opozycja od roku 2015 nie dostarczyła żadnej sensownej krytyki PiSowskiej ekonomiki. W efekcie gospodarczy antyPiSizm jest totalnie niespójną mieszanką dobieranych ad hoc uzasadnień dla z góry podjętej tezy o "hańbie" i "katastrofie". I tak program 500+ bywał raz przejawem obrzydliwego wyrachowania ("kupowanie wyborców", "demolowanie finansów publicznych"), innym znów razem nic nieznaczącym ćwierćrozwiązaniem, które niczego w życiu Polaków nie zmienia. No to jak jest? Skoro nic nie zmienia to czemu się nim tak martwicie? 

Na rynku pracy jest dziś lepiej niż za Tuska

I dalej: w opozycyjnej narracji PiS reprezentował w ciągu tych minionych lat na przemian interesy bogatych i dobrze sytuowanych (probiznesowy wymiar tarcz antykryzysowych, brak kryterium dochodowego w 500+). Ale jednocześnie ten sam PiS był w opozycyjnej opowieści "Gierkiem 2.0" i nawrotem socjalizmu niszczącym w Polsce wolny rynek oraz prywatną przedsiębiorczość. Nawet polityka banku centralnego była - zdaniem opozycji - zbyt luźna i proinflacyjna. Ale jednocześnie zbyt sztywna i nadmiernie uderzająca w interesy kredytobiorców. Oczywiście nikt nie oczekuje od uczestników debaty publicznej stuprocentowej spójności głoszonego przekazu. Wydaje się jednak, że jakiś ideowy kręgosłup bardzo by tej antyPiSowskiej krytyce pomógł.

Również po to, by zaoferować jakąkolwiek atrakcyjne polityczne odpowiedź dla tych wszystkich, którzy nie są twardymi wyznawcami opozycji spod znaku Silnych Razem czy psychofanami Wojciecha Sadurskiego i Tomasza Lisa. Ani też pogrobowcami po Komitecie Obrony Demokracji czy portalu wiadomo.co. Oni tym niespójnym i nieumiarkowanym w totalnej krytyce przekazem się ukontentują. Ale jednocześnie ten sam przekaz pozostanie kompletnie niestrawny dla tzw. normalsów. 

Czyli do ludzi, którzy - owszem - widzą inflację, nierokujący na rychłe rozwiązanie spór z Komisją Europejską czy brak obiecanych mieszkań na wynajem. Ale widzą jednocześnie, że na rynku pracy jest dziś lepiej niż za Tuska. Nie mówiąc już o Belce, Millerze albo Buzku i Balcerowiczu. Widzą niskie bezrobocie. Widzą, że nie ma już pracy za 4,50 za godzinę. Że nawet pracujący za płacę minimalną może sobie pozwolić na wakacyjny wyjazd. I tak dalej.

Gdyby antyPiSowcy zechcieli na chwilę wyjść z okopów swojego zacietrzewienia, to też by to zauważyli. Wiedzieliby też, że oni normalsów bardzo potrzebują. W tym sensie antyPiSowców gubi ich własny brak umiaru. Ów radykalizm bardzo dobrze obsługuje oczekiwania żelaznego elektoratu. Ale nie pozwala zbudować trwałej przewagi i alternatywy wobec Polski Kaczyńskiego. Czegoś więcej niż tylko doraźnego sojuszu stworzonego wedle zasady "byle odsunąć PiSowców od stanowisk, a potem się zobaczy".

Niestety - każdy, kto ośmiela mówić opozycji takie rzeczy, jest natychmiast przez antyPiSowską ekstremę neutralizowany jako PiSowski poputczik. Co oczywiście wiele mówi o stanie ducha antyPiSu. I potwierdza wszystko zarzuty opisane w poprzednich linijkach. 

Dowiedz się więcej na temat: Rafał Woś | felieton | opozycja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy