Reklama

Reklama

Bruksela chce nas wychować

Często słyszę, że gdyby tylko PiS zechciał się dogadać, to Bruksela i Berlin natychmiast by nam odpuściła. I wszystko by było cacy. Niestety, nie widzę żadnych dowodów na prawdziwość takiego przypuszczenia. Oni (znów niestety) chcą Warszawę wychować. A nie się z nią dogadywać.

Podobno wielki polski aktor Roman Wilhelmi stosował jedną tylko zasadę. Jego zdaniem na scenie albo przed kamerą trzeba na przemian albo "przypieprzyć" albo "odpuścić". Nasłuchy w tzw. kręgach zbliżonych powiadają, że po fazie "przypieprzenia" (nota reparacyjna, zmiana miękkiego ministra ds. europejskich na bulteriera) rząd Morawieckiego chciałby "odpuścić". Robiąc kolejne podejście pod dogadanie się z Komisją Europejską. I z jej "statkiem matką" (centralą? Pałacem Buckingham? Nazwijcie jak chcecie, ale wiadomo, o co chodzi) w Berlinie.

Strategia "na Wilhelmiego" jest oczywiście sensowną metodą prowadzenia negocjacji. A może i całego życia. Dokładnie po to przecież rząd przygotował cały swój postulat reparacyjny, żeby go w odpowiednim momencie wyjąć, zamachać Niemcom przed oczami i powiedzieć "może być miło, ale może być też niemiło". A wszelkie opowieści, że Kaczyński chciałby grać reparacjami na potrzeby polityki wewnętrznej i obsługiwać żywe w narodzie sentymenty antyniemieckie to zwykłe zawracanie głowy. PiS chce od Berlina i Europy przede wszystkim spokoju. I żeby zdjęli z Warszawy swoje faktyczne ekonomiczne sankcje, którymi walą niegrzeczną Polskę po łapach od wielu miesięcy. To cała antyniemieckość i antyeuropejskość tego rządu. 

Reklama

"Traktowanie 40-milionowej gospodarki jak uczniaka"

Ale z "metodą Wilhelmiego" jest jeden problem. Nawet jeśli polski rząd chce teraz przejść do fazy "odpuścić", to wcale nie znaczy, że będzie na to miała ochotę druga strona. To znaczy Berlin i Bruksela. 

Oczywiście polski rząd powinien dalej tłumaczyć swój punkt widzenia. Pokazywać - najlepiej na forum międzynarodowym - że aresztowanie nam "kieszonkowego" to nie jest dobry sposób na radzenie sobie z Polską. Krajem, społeczeństwem i gospodarkę dorastającymi do roli pełnoprawnego członka Unii Europejskiej. I mającymi na poparcie tej swojej pełnoletniości masę dowodów. Choćby dwie dekady mocnego doganiania Niemiec i innych na polu gospodarczym. A także duży, chłonny i zdrowy rynek wewnętrzny. Oraz niezłe - przynajmniej na tle innych krajów Unii - perspektywy na przyszłość. 

To wszystko prawda. I to wszystko Polska musi głośno mówić. Każdemu, kto tylko chce słuchać. Trzeba powtarzać, że traktowanie 40-milionowej gospodarki jak uczniaka i debiutanta nie jest dobrym pomysłem na zachowanie jedności Europy. Zwłaszcza w kontekście wojny w Rosją, rozjeżdżania się strefy euro na zwycięzców i przegranych oraz kryzysu energetycznego.

Problem w tym, że to wszystko może nie wystarczyć. Morawiecki może udzielić jeszcze stu wywiadów "Bild Zeitung" albo "Financial Timesowi". Ale trzeba się liczyć z tym, że europejski establishment pozostanie tym niewzruszony. Tak samo jak był głuchy na suplikacje krajów Południa w czasie kryzysu zadłużeniowego. Wtedy, gdy sfrustrowany minister finansów Grecji Janis Warufakis powiedział, że na posiedzeniach w Brukseli czuł, jakby mógł równie dobrze śpiewać hymn Szwecji. Bo poziom zainteresowania jego argumentami i propozycjami w obu przypadkach byłby dokładnie taki sam. Czyli zerowy.

"Polskę trzeba zagłodzić"?

Szczerze? Wydaje mi się, że obecny unijny establishment będzie nadal trzymać się podjętej mniej więcej rok temu decyzji o tym, że "Polskę trzeba zagłodzić". Niezależnie od tego, co Polska zrobi lub czego nie zrobi. Niezależnie czy "przypieprzy czy odpuści". Bo problem jest głębszy. A "praworządność" jest tylko pretekstem. Pretekstem, by Polskę wychować. By nie pyskowała i nie pchała się tam, gdzie jej nie trzeba. To znaczy do decyzji o przyszłości Europy - w kwestiach energetycznych, geopolitycznych czy ekonomicznych. Będą więc chcieli poczekać spokojnie do wyborów roku 2023 w nadziei, że zmęczeni przedłużającym się konfliktem z KE Polacy wybiorą sobie inny rząd. W tym sensie Bruksela i Berlin mają czas. A przynajmniej mają go więcej niż Mateusz Morawiecki.

Nie oznacza to, że Warszawa nie powinna wysyłać regularnie sygnałów pojednawczych. Przeciwnie. Polska musi to robić. Również po to, by zmieniać negatywny i ugruntowany w zachodnich mediach wizerunek "strasznego dzieciaka". Ale wszystko to trzeba robić raczej w nadziei na lepszą przyszłość. I na to, że w końcu uda nam się znaleźć nowe - bardziej partnerskie - miejsce w Europie. Ale to nie nastąpi dziś ani jutro. To potrwa.

Wiem, że to frustrujące. Ale życie to życie. A nie bajka. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy