Reklama

Reklama

Walenciak: Świat zachodni zrobił wiele, by wyhodować islamskich ekstremistów

Brodaty student chodził z plażową parasolką nad brzegiem morza, żartował z wypoczywającymi turystami... I nagle wyciągnął ukryty w parasolce karabin i zaczął strzelać. Zabił 37 niewinnych ludzi. A Państwo Islamskie ogłosiło, że jego żołnierz dokonał zwycięskiego ataku na niewiernych i na miejsce rozpusty.

Brodaty student chodził z plażową parasolką nad brzegiem morza, żartował z wypoczywającymi turystami... I nagle wyciągnął ukryty w parasolce karabin i zaczął strzelać. Zabił 37 niewinnych ludzi. A Państwo Islamskie ogłosiło, że jego żołnierz dokonał zwycięskiego ataku na niewiernych i na miejsce rozpusty.

Teraz turyści masowo wyjeżdżają z Tunezji, a rząd w Tunisie czyni wszystko, żeby opanować sytuację. Już zapowiedział, że zamknie osiemdziesiąt meczetów, które nie podlegają ministerstwu ds. wyznań i propagują nienawiść. Czy to będzie skuteczne? Czy Europa pomoże Tunezji?

To są ważne pytania, bo w wieku XXI świat zachodni zrobił wiele, by wyhodować sobie islamskich ekstremistów, i - co gorsza - nie widać, by wyciągnął z tego wnioski.

Wystarczy posłuchać pierwszych komentarzy: że to wojna cywilizacji, że islam walczy z Zachodem, że my jesteśmy pokojowo nastawieni, a atakują nas hordy barbarzyńców. I że najlepiej, gdybyśmy ich wszystkich odesłali tam, skąd przyszli. Oni lub ich rodzice. Bo, oczywiście, każdego muzułmanina w Europie a priori uważa się za przyszłego terrorystę.

Reklama

Tak oto, tylnymi drzwiami, wchodzi do naszego sposobu myślenia faszystowskie, rasistowskie widzenie świata... Odrzućmy je, bo nie dość, że jest obrzydliwe, to jeszcze prowadzi na manowce.

Po pierwsze, musimy mieć (smutną) świadomość, że terroryzm jest praktycznie częścią naszej cywilizacji. W czarny piątek mieliśmy zamach w Tunezji, ale i atak na fabrykę gazu we Francji, a także atak na meczet szyitów w Kuwejcie.

Państwo Islamskie walczy nie tylko z Zachodem, ale i z szyitami, z jazydami, z Kurdami, z syryjskim prezydentem Asadem. A ci wszyscy młodzi muzułmanie, którzy do niego napływają praktycznie z całego świata? Co ich napędza? Nie oni jedni uważają, że morderstwami można zbudować inny świat.

17 czerwca w Charleston, w Karolinie, do świątyni metodystów wszedł  21-letni Dylann Roof i otworzył ogień. Zabił 9 osób, czarnoskórych. Nikt nie ma wątpliwości - to był mord na tle rasistowskim. Roof wcześniej robił sobie zdjęcia z flagą Konfederacji, więc pewnie teraz chciał czarnoskórym pokazać, "gdzie jest ich miejsce". Wariat? Czy może inny produkt języka nienawiści?

Wyczyn Roofa to jednak małe miki w porównaniu z losem, jaki zgotowała milionom muzułmanów nieprzemyślana polityka Zachodu. W czasach George’a W. Busha na politykę zagraniczną USA wielki wpływ miała tzw. doktryna Wolfowitza - skrajnie konserwatywna, sprowadzająca się do prostej zasady: Stany Zjednoczone mają prawo interweniować zbrojnie tam, gdzie chcą i kiedy chcą. I mogą stosować wojny prewencyjne, jeśli uznają, że to leży w ich interesie.

Paul Wolfowitz, b. wiceminister obrony USA,  był m.in. pomysłodawcą interwencji w Iraku. Argumentował, że po obaleniu Saddama Husajna i po "desadamizacji" irackiej armii i administracji uda się tam zbudować nowoczesne, demokratyczne państwo.

Okazało się to kompletną bzdurą. Jak liczą organizacje humanitarne, w wyniku wojny w Iraku śmierć poniosło od 200 tys. do 460 tys. obywatelitego kraju. Te liczby są różne, bo one różnie klasyfikują przyczynę śmierci. Ale nawet w najbardziej powściągliwych obliczeniach jest to 200 tys. cywilów, i co najmniej połowa z nich poniosła śmierć w wyniku działań zbrojnych wojsk antysadamowskiej koalicji.

Powiedzmy sobie szczerze: w Iraku Zachód będzie znienawidzony przez dziesięciolecia. Jeśli Irak przetrwa. Bo interwencja doprowadziła de facto do rozpadu tego państwa, do rozkwitu różnych band, milicji, do trwałej destabilizacji regionu. I do najgorszego - na terenach sunnickiego Iraku, na terenach Syrii i Libii (w obalaniu ich dyktatorów także Zachód odegrał wielką rolę) powstało Państwo Islamskie.

Szefami tego państwa są byli oficerowie Saddama Husajna. Ono budzi strach i posłuch swoją bezwzględnością, egzekucjami, obcinaniem głów. Na widok islamistów jadących toyotami uciekają wyszkoleni za miliony dolarów żołnierze iraccy, zostawiając warty miliony dolarów sprzęt wojskowy.

Nie podobał nam się Kadafi, to mamy Libię, której de facto już nie ma, która jest podzielona, i z wybrzeży której różnej maści przemytnicy szmuglują ludzi do Europy. Nie podobał nam się Asad, więc mamy wojnę domową w Syrii i setki tysięcy niewinnych ludzi uciekających przed pożogą wojenną. I co? Mamy tych uciekinierów nie przyjąć? Wysłać na pewną śmierć? 

Nie chcę bronić dyktatorów, nie chcę też mścić się na muzułmanach i stosować wobec nich zasadę odpowiedzialności zbiorowej, wrzucać ich wszystkich do worka z napisem terrorysta. Świat jest przecież znacznie bardziej skomplikowany.

Mogę tylko ubolewać nad tym, że Zachód jest tak niezborny intelektualnie, że sam, swą polityką wobec  świata islamu, sprokurował problemy, których nie jest w stanie rozwiązać.

Nie trzeba było sprowadzać do Europy ludzi, jeśli wiadomo było, że się nie zasymilują. I że zaczną szukać sensu życia w naukach radykalnych imamów.

Nie trzeba było obalać dyktatorów, jeśli nie miało się pewności, kto ich zastąpi. Zwłaszcza że istniała szansa na złagodzenie ich polityki. 

Nie wolno było finansować różnych organizacji terrorystycznych tylko w imię doraźnych  celów.

A dziś nie wolno rozwiązywać problemu wielkiej islamskiej imigracji w Europie hasłami zaczerpniętymi z faszystowskich gadzinówek.

I spójrzmy prawdzie w twarz - ten strzelający student w Tunezji, ci inni "bojownicy" czy to Al-Kaidy czy Państwo Islamskie... Zachód sam ich sobie wyhodował, a teraz podnosi larum!

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy