Reklama

Reklama

Walenciak: Przychodzi PiS-owiec do ministerstwa

Cóż widzę (i słyszę) w mediach? Kolejnych polityków PiS, którzy licytują się, co ten nowy rząd nie zrobi. Festiwal obietnic, które stworzą nasze życie pięknym, jest mniej więcej taki: 500 zł na dziecko, 12 zł płaca minimalna godzinowa, 67, czyli cofnięcie "reformy" emerytalnej, likwidacja gimnazjów, pomoc kopalniom, nowe województwa, nowy program zbrojeniowy w wojsku, "odbicie" mediów publicznych, likwidacja NFZ i finansowanie służby zdrowia bezpośrednio z budżetu... I tak dalej.

Mamy chaos i brak powagi. I - żeby była jasność - nie jestem przeciwny zmianom w obecnym, platformerskim systemie emerytalnym, koncepcję 500 zł na dziecko uważam za zgodną ze standardami europejskimi, o płacy minimalnej pisałem już rok temu. Nie martwią mnie więc te zapowiedzi. Ale uważam, że są one prezentowane w sposób absolutnie niepoważny. Tak,  jakby ci, co je formułują, rzeczywiście wierzyli, że jak przyjdzie PiS-owiec do ministerstwa, jak powie, że coś ma się stać, to właśnie to się stanie. To z daleka wygląda tak, jakby towarzystwo jeszcze nie wytrzeźwiało.

Reklama

Przecież jeśli coś się obiecuje, mając większość w Sejmie, to - po pierwsze - trzeba też przedstawić wykonawców. Po drugie, musi istnieć jakieś sito, które oddzieli zapowiedzi nierealne od możliwych, najważniejsze od drugorzędnych. No i  harmonogram działań, pokazujący kiedy i co zostanie zmienione.

Póki co, nic z tych rzeczy nie ma. A sam rząd jest układany na dziwnej zasadzie - że Beacie Szydło zostaną przedstawieni jej ministrowie, a ona to będzie firmowała swoją twarzą. Nawet tacy ministrowie, których w rządzie nie chciała, i głośno to mówiła. Więc już na starcie jest upokorzona i sprowadzona do roli sekretarki.

Jak to będzie działało? A jak ma działać rząd, w którym panią premier ministrowie będą mieli za hetkę-pętelkę, a ich główną troską będzie, żeby popisać się przed prezesem, żeby on był zadowolony...

Nie chcę tu wyzłośliwiać się nad ekipą, którą układa prezes, ale przecież gołym okiem widać, że wmontował on w rząd miny, które prędzej czy później wystrzelą. Tak jakby niezbyt przejmował się jego losem i zapowiedziami, które w ostatnich dniach padały. Jakby o inne rzeczy mu chodziło.

Tak, tak, już słyszę te podpowiedzi: że prezesowi chodzi o pełnię władzy, że dlatego troska się głównie o to, kto będzie kierował bezpieką, cywilną i wojskową, i prokuraturą, a reszta to są dodatki itd.

Otóż, niezależnie od tego, którą drogą przyjdzie nam pójść, czy tą zapowiadaną oficjalnie przez polityków PiS, czy też tą, o którą znaczna część publicystów podejrzewa prezesa, to tak czy inaczej wylądujemy w malinach. Znaczy się, rządzący tam wylądują. Dlaczego tak sądzę?

Ponad rok temu, gdy publikowane były tzw. nagrania kelnerów, padły w rozmowie Belki i Sienkiewicza znamienne słowa o polskim państwie.

Że, po pierwsze, jest ono bezradne w zderzeniu z wielkim biznesem, z tzw. grubym misiem. O takim misiu mówił Belka: "on jest przyzwyczajony do tego, że jak ma partnera państwowego, to znaczy, że ma cipę przed sobą, a on sam gra twardych ludzi. Jemu wszystko wolno, a państwowemu nic nie wolno. On o tym doskonale wie. My się spodziewamy oczywiście czarnego PR z ich strony. (...) My musimy dbać o pewne zasady, a on w ogóle zasad nie przestrzega". I kolejny cytat: "Państwo polskie istnieje teoretycznie. Praktycznie nie istnieje, dlatego że działa poszczególnymi swoimi fragmentami, nie rozumiejąc, że państwo jest całością. Tam, gdzie państwo działa jako całość, ma zdumiewającą skuteczność. Tylko jakoś nikt nie chce korzystać z tej... Nie ma kultury współpracy instytucji".

To jest bardzo celna analiza słabości współczesnej Polski. I to wyjaśnia, dlaczego tak wiele - wydawałoby się - mądrych i słusznych inicjatyw gdzieś grzęźnie, niewiele z tego wynika. To jest też ostrzeżenie dla nowej ekipy -  obietnice są ważne, ale ważniejszy jest sprawnie funkcjonujący, odporny na naciski, aparat państwa. Bo co z tego, że będziemy sobie opowiadać, gdzież to nie pojedziemy, jaką wycieczkę zrobimy, skoro nasz samochód jest w ruinie, silnik mu nie działa, a koła nie są napompowane. Od jego naprawy trzeba wszystko zacząć. A potem można realizować politykę. Jaką się chce.

Zawoła ktoś - witaj, wuju! Właśnie PiS o tym mówi! Więc teraz będzie OK!

Otóż nie podzielałbym tej radości. Kaczyński i jego podwładni (innych w PiS-ie nie ma) owszem, mówią o naprawie państwa, ale pojmują to prymitywnie, na sposób PZPR-u. Sam proces układania rządu to pokazuje. Że premier jest paprotką. Że ten mechanizm ma działać w partyjny sposób. Że ręczne sterowanie jest ważniejsze niż normalne, państwowe procedury.

Wejście do rządu Macierewicza, a także zapowiedzi, że będą tam i Ziobro, i Mariusz Kamiński, pokazują czarno na białym, jakie są dziś preferencje.

Że nie liczą się administratorzy, ale oddani partii i prezesowi zagończycy. Specjaliści od ręcznego sterowania, od rozwalania instytucji, podporządkowania ich partyjnym interesom. Nie bojący się awantur i procesów. Komisja śledcza ws. Blidy, sądy, pokazały ich nicość.

Więc już tę "naprawę" mechanizmów państwa, którą będą robić, możemy opisać dziś. Pół CBA i pół prokuratury będzie ścigać wrogów z PO, może nawet jakieś przekręty złapią, a obok, pod bokiem, będą tracone setki milionów. Bo ten samochód, zamiast do jazdy, będzie używany do trąbienia.

Z tych wszystkich obietnic, którymi zalewa nas PiS, ta jest najbardziej realna.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje