Reklama

Reklama

W dyskusji o Powstaniu Warszawskim mieszane są dwa wątki

Dzisiejsze spory o Powstanie Warszawskie wynikają głównie z tego, że w tej dyskusji mieszane są dwa wątki - historyczny i mitologiczny. Czyli - z jednej strony - jak było, a z drugiej - jak chcemy to widzieć, jak to dziś jest przedstawiane. Więc: jak było?

Współcześni w ocenach Powstania Warszawskiego byli w zasadzie jednoznaczni. Generał Anders już 18 sierpnia 1944 roku pisał: "Nikt nie miał u nas złudzenia, żeby bolszewicy, pomimo ciągłych zapowiedzi, pomogli Stolicy. W tych warunkach Stolica, pomimo bezprzykładnego w historii bohaterstwa, z góry skazana jest na zagładę. Wywołanie powstania uważamy za ciężką zbrodnię i pytamy się, kto ponosi za to odpowiedzialność?".

Podobną, jak najbardziej krytyczną opinię o inicjatorach Powstania mieli i ci z lewa, i ci z prawa. Generałowie: Kazimierz Sosnkowski i Lucjan Żeligowski. Publicyści: Jerzy Giedroyc, Juliusz Mieroszewski, Wojciech Wasiutyński, Jędrzej Giertych, Melchior Wańkowicz, Stefan Kisielewski. Nie sądzę, by oni wszyscy się mylili.

Reklama

Decyzji o wybuchu Powstania bronili ci, którzy ją ogłosili, generałowie Komorowski i Chruściel.

Warto też pamiętać, gdy piszemy o Warszawie 1944, że były wówczas plany, by powstanie wywołać również w Krakowie. Bór-Komorowski był o krok od stosownego rozkazu, ostatecznie scedował go na dowódcę AK w Krakowie, płk Edwarda Godlewskiego "Garda". Pułkownik się wahał, więc zadecydował o wszystkim arcybiskup Adam Sapieha, "Książę Niezłomny", wielka postać, który zwołał przedstawicieli krakowskiej konspiracji, postawił ich na baczność i powstania zakazał.

Wydawało się więc, że sprawa jest oczywista, że mądrością polityki jest, by nie frymarczyć życiem swych obywateli, bo "może się uda". Że to nie kasyno. Ale nałożyła się na to polityka.

Najpierw z "zaplutymi karłami reakcji" czasów stalinowskich. A potem z "miękkim" traktowaniem Powstania w czasach PRL - kiedy ukazywały się książki i albumy o tamtych dniach, a jednocześnie obowiązywała teza o bohaterstwie żołnierzy i ludności cywilnej, i niemądrości dowódców. Co tu się rozwodzić - daleka od prawdy ta teza nie była, tylko że jeżeli coś nachalnie wtłacza się do głów, i robią to osoby mało wiarygodne, to efekt jest odwrotny od zamierzonego.

Więc wraz z rosnącym buntem przeciwko Polsce Ludowej rodził się mit Powstania - jako bohaterskiej walki o wolność.

A potem przyszła III RP, która przecież musiała znaleźć swoich bohaterów, swoje święto. Sierpień ’80 wydawał się tu czymś naturalnym. I tak było na początku, jeszcze w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, ale tego już nie ma.  Nie ma tych zakładów, które latem 1980 roku strajkowały - tamte postulaty śmiesznie dziś wyglądają. A przede wszystkim, odarła wszystko z godności propaganda lustratorów. Bo jak coś świętować, skoro mówi się, że przywódca był agentem, przywieziono go wojskową motorówką, a wszystko było po to, żeby obalić Gierka?

Powstanie Warszawskie jest na tym tle czyste, może być symbolem narodowej jedności. Zresztą, walczyły w nim oddziały reprezentujące cały spektrum polityczne. Była AK, ale był i ONR, i Armia Ludowa, i socjaliści.

A przede wszystkim była młodzież - piękna, mądra, pełna patriotycznego zapału, która położyła głowy.

Więc mit gotowy.

Nie lubię go, pisałem o tym wielokrotnie. Razi mnie infantylizm opowieści o Powstaniu, to udawanie, że chodzi się kanałami, ekspozycja szpitala polowego, te wspominki sanitariuszek, wesołe piosenki... W tych obrazkach dla gimnazjalistów takie sprawy, jak wielki spór, czy ogłosić wybuch Powstania czy nie, jak tragedia ludności cywilnej, rzeź Woli, to jakieś mało ważne epizody.

Ale to się zmienia. Elementem rocznicowych obchodów są uroczystości na Woli, na cmentarzu, tam, gdzie leżą szczątki dziesiątek tysięcy ofiar, wymordowanych w pierwszych dniach sierpnia. Zaczynamy patrzeć na Powstanie bardziej poważnie.

A z drugiej strony przecież nie brakuje tych, którzy robią sobie z tego wiec. Myślę o buczących na Powązkach. Im myli się pamięć o tych, którzy nie żyją, z partyjną propagandą. To są gesty prostych politruków.

Ale cóż dziwić się prostej tłuszczy, skoro ludzie - wydawałoby się szczególnie wrażliwi na sprawy śmierci, pamięci, duchowości - nie potrafią powstrzymać się przed tanią agitacją?

Właśnie przeczytałem, że arcybiskup łódzki Marek Jędraszewski, podczas mszy w intencji powstańców mówił w homilii, że  "uchwalone przez polski parlament i podpisane przez prezydenta RP: tak zwana konwencja antyprzemocowa i ustawa o in vitro oraz przyjęta przez Sejm ustawa 'o uzgodnieniu płci', mogą być uznane jako zdrada wobec tych wartości moralnych, dla których Powstanie w ogóle wybuchło". I że przychodzi do Polski "lewacka zaraza". 

Ręce opadają... Nawet nie mam ochoty wyzłośliwiać się nad tymi słowami i pytać się arcybiskupa, co ma wspólnego ustawa o in vitro z rokiem 1944? Jak mu to się skojarzyło? Więc tylko zadam mu jedno pytanie: czy nie widzi niestosowności swoich słów? Czy słyszał o kupcach w świątyni?

Błagam, nie mieszajmy tragicznej śmieci tysięcy mieszkańców miasta, w polityczne gry! Tym grom nic to nie pomoże, a uwłacza pamięci tych, którzy zginęli. Tu stosowny jest tylko hołd i cisza. 

Wiem, wiem, pewnie tego się nie doczekam, Powstanie Warszawskie to dziś część popkultury, to nic, że coraz bardziej infantylnej i niewiele mającej z rzeczywistością. Ale za to coraz mocniej zakorzenionej w umysłach Polaków. Pokusa, by to wykorzystać, jest dla polityków oczywista. Pokusa, żeby zawołać: my stoimy tam, gdzie stali powstańcy, a oni - po drugiej stronie barykady!

Jak tak zawołają, będą przeklęci.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy