Reklama

Reklama

W Białymstoku powiało historią. Historią pogromów

​Każdy kto chce, może to zobaczyć na zamieszczanych w sieci filmikach - marsz LGBT jest lżony przez grupy młodych ludzi, a potem jest jeszcze gorzej - bo kończy się marsz i obejrzeć możemy sceny polowań na jego uczestników. Są oni gonieni, bici, kopani. Gromady osiłków atakują dziewczyny, dzieci, przewracają, tłuką z zapałem.

Stop.

Dlaczego tak się stało? Co się zdarzyło w Białymstoku?

Jest kilka interpretacji tych wydarzeń. Wszystkie są prawdziwe.

Pierwsza tłumaczy to w prosty sposób - że oto środowiska kiboli zwietrzyły okazję na kolejną bijatykę, i ją wykorzystały. Wiadomo, młodzież z tych grup to przeważnie mieszkańcy blokowisk, z wszystkimi tego konsekwencjami. Słabe szkoły, słaby kapitał kulturowy, słabe miejsca pracy, słabe szanse na założenie rodziny... Oto ofiary transformacji, które chętnie swą frustrację wyładują na innych.

Reklama

Do tego dorzućmy specyfikę Białegostoku, który kiedyś przedstawiał się jako stolica pogranicza, różnorodności kultur, ale to już przeszłość, bo potem awansował na stolicę disco-polo, a teraz dzierży palmę pierwszeństwa, jako stolica narodowców. I, przy okazji, jeden z bastionów PiS-u.

W ten sposób płynnie przechodzimy do interpretacji numer dwa, czyli politycznej korzyści. PiS podczas kampanii europejskiej zorientował się, że tematyka LGBT, małżeństwa jednopłciowe, edukacja seksualna, to dobry polityczny wehikuł. Można tym skutecznie straszyć Grażynę i Janusza. Jarosław Kaczyński straszył i odniósł sukces. Rozbił elektorat Koalicji Europejskiej, demobilizując jego konserwatywną część. A jednocześnie, scementował swój.

"Ruch LGBT i gender zagrażają naszej tożsamości, zagrażają naszemu narodowi, zagrażają polskiemu państwu" - wołał w kwietniu, na konferencji we Włocławku. W ten sposób zdefiniował wroga. A jeżeli ten wróg zagraża narodowi i państwu, czyż obowiązkiem narodu i państwa nie jest walka z nim? I to wszystkimi możliwymi metodami?

Jeżeli ktoś by się pytał, skąd ta nienawiść do LGBT, kto napuszcza kiboli i różnych lumpów na ludzi machających tęczową flagą, to ma odpowiedź.

Prezes wyznaczył kierunek, więc pomniejsi go realizują. Nie sądzę, że to przypadek, że gazeta związana z PiS-em ogłosiła, że będzie dołączać nalepki "strefa wolna od LGBT". Bo jak wojna, to wojna. Swoją okazję zwietrzyli niektórzy hierarchowie. Jeszcze przed Marszem Równości czytano w białostockich kościołach odezwę arcybiskupa Tadeusza Wojdy.

"Powtarzamy za kard. Stefanem Wyszyńskim 'Non possumus' - nie możemy się na to zgodzić! Nie możemy pozwolić, aby wyśmiewano wartości dla nas najświętsze i bezkarnie obrażano nasze uczucia religijne! - wołał białostocki hierarcha. - Nie godzimy się na szydzenie z naszej wiary i deprawację najmłodszych. Kościół, rodziny chrześcijańskie i środowiska mają prawo do publicznej ochrony dziecka (...). Zajęcie jednoznacznej postawy wobec tego typu inicjatyw jest teraz próbą naszego sumienia".

Te słowa bez problemu można odebrać jako wezwanie do wojny z Marszem, do wojny z wrogiem. Czas próby nadszedł.

A bojówki były już gotowe. Wyhodowane w poczuciu ważności, przyjmowane na Jasnej Górze, chwalone za patriotyzm.

Po sobotnim boju przyszły słowa podziękowania. Białostocka parafia św. Jadwigi Królowej w ogłoszeniach parafialnych zamieściła taki komunikat: "Składamy wyrazy uznania i podziękowania tym wszystkim, którzy włączyli się w obronę wartości chrześcijańskich i ogólnoludzkich, chroniąc nasze miasto, zwłaszcza dzieci i młodzież przed planową demoralizacją i deprawacją".

Z kolei minister edukacji, Dariusz Piontkowski, zaproponował, żeby zastanowić się, czy nie zakazać w ogóle marszów LGBT, bo "budzą opór". Innymi słowy - winni są organizatorzy Marszu, bo "budzą opór", więc w sumie nie ma co się dziwić, że zostali przez białostockich kiboli pobici.

Dochodzimy więc do trzeciej interpretacji wydarzeń w Białymstoku - jako do wielkiego sporu kulturowego. Sporu o to, w którym miejscu Europy jest Polska. I jakie jest to państwo.

Marsz Równości był legalny i nie było jakichkolwiek podstaw, by go rozwiązywać. Jeśli komuś tęczowa flaga nie odpowiada - mógł iść na inną imprezę lub zostać w domu. Tymczasem uczestnicy Marszu byli atakowani, i bici. Więc jest pytanie - gdzie tu jest państwo? I jakie jest to państwo? Czy Polska jest państwem prawa, czy też państwem, w którym rządzą kibole, podpuszczani przez biskupa i partię rządzącą? W której naczelnym prawem jest interes tej partii, która - nie wiem, czy zdaje sobie z tego sprawę - ale posługuje się faszystowską retoryką?

Przypomnę, faszyzm bardzo sprawnie zagospodarował ludzi zbędnych, dał im poczucie własnej ważności, poczucie siły. Stworzył z nich bojówki, i pokazał wrogów, winnych wszystkich nieszczęść... PiS też tak pokazuje. Najpierw byli to uchodźcy, teraz są osoby LGBT, ciągle też przewijają się źli ludzie z PO, jedni od afer, drudzy od lotu smoleńskiego...

Przyklaskuje temu Kościół, biskupi bez wstydu nadskakują Jarosławowi Kaczyńskiemu ("Pańskie sukcesy są naszymi sukcesami" - składa mu hołd biskup włocławski Mering). I jest w tym jakaś wiara, że prezes załatwi wszystkie ich problemy. I że cofnie Polskę do lat trzydziestych XX wieku. Może do czasów Hiszpanii generała Franco?

Tylko, że cofanie Polski do lat 30. i wojna z LGBT, nijak się ma do standardów cywilizowanego świata. Marsze Równości to rzecz w Europie naturalna. Cywilizacja zachodnia żywi się różnorodnością, jest otwarta, chroni prawa mniejszości. To jest jej siła. To w ISIS zrzucano gejów z wieży, to w Iranie publicznie się ich wiesza, w Czeczenii ich w ogóle nie ma, podobnie jak na Białorusi...

To jest ten wybór, przed którym stoimy. Po jednej stronie jest państwo prawa. Raz prawicowe, raz lewicowe, ale szanujące mniejszości, i prawo. I skuteczne (takie za PO nie było, ale trzeba dążyć do ideału). Po drugiej stronie jest państwo wodza, który jako jedyny wie, czego chce naród. A sekundują mu biskupi, kibole, jako obrońcy wiary, partia rządząca i różni inni usłużni. I prokuratura, która umarza sprawę pobitych kobiet, bo ci co bili mieli prawo być wzburzeni, a, swastykę traktuje jako staroindyjski znak szczęścia. A sprawiedliwość wymierza nie sąd, tylko podpuszczony tłum.

Wybór jest chyba oczywisty, więc przypuszczam, że tym razem PiS się cofnie, bo wie, że PiS poszedł za daleko. I z tymi nalepkami, które przywołują upiory historii, i z atakami na Marsze Równości. Z atakami na państwo.

Ale cofnie się na chwilę. Bo o wielką stawkę jest gra. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje