Reklama

Reklama

​Stirlitz czy Gang Olsena?

Rządzący Polską politycy chętnie powtarzają, że zależy im, by nasz kraj był traktowany w świecie poważnie. Więc dlaczego tak wiele czynią, by tej powagi nie było?

Właśnie możemy obserwować, jak powagę w świecie buduje Andrzej Duda, prezydent RP. Kilkanaście dni i taka seria. Najpierw odmówił spotkania z kanclerz Niemiec Angelą Merkel, która przyjechała do Warszawy na pożegnalną wizytę. Jego urzędnicy tłumaczyli głupio, że ranga nie ta, że prezydent z prezydentem, premierem z premierem, itd. Oni to mówili, a ja miałem przed oczami konferencję prasową Dudy z panią ambasador USA w Warszawie, Georgette Mosbacher. Jak stali obok siebie, a on ze szczęścia przewracał maślanymi oczami.

Reklama

Jednym słowem, w sprawie Merkel byliśmy świadkami nadęcia się Andrzeja Dudy. Skąd to nadęcie - nikt do tej pory tego nie rozumie. Za to każdy rozumie, że Angela Merkel na tym nie straciła.

I dodam jeszcze jedno - niezależnie, że odchodzi ze stanowiska kanclerza, będzie w polityce niemieckiej i europejskiej jedną z najważniejszych postaci. Tak długo, jak będzie chciała.

Było, minęło. Poleciał nasz prezydent do Nowego Jorku, na doroczną sesję ONZ. I zaraz narodził się problem, że nie spotka się w USA ani z prezydentem Bidenem, ani z nikim liczącym się z jego administracji. Kompletny bojkot.  

Cóż, zdarza się. Ale, zamiast przełknąć sprawę w spokoju, odezwał się nowy minister Dudy od spraw międzynarodowych, Jakub Kumoch. - Rozmowa prezydentów USA i Polski jest potrzebna, ale chcemy, by wcześniej doszło w Waszyngtonie do refleksji na temat Nord Stream 2 - powiedział.

Trzy razy czytałem tę wypowiedź, trzy razy było to samo. Tak oto w ciągu paru dni Duda zdążył obrazić dwójkę najważniejszych polityków Zachodu. Wielka to umiejętność. I mam dziwne wrażenie, że prędko podobna okazja już mu się nie trafi. Że raczej będzie musiał przyzwyczajać się do tej rzeczywistości, którą zastał w Nowym Jorku - że agenda jego spotkań ograniczyła się do prezydentów Estonii, Mołdawii, Ukrainy, Turcji i Mongolii.

Ale wyczyny Dudy to nic w porównaniu z wyczynami premiera Morawieckiego. Otóż, spadła na nas wiadomość, że Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej zasądził w sprawie elektrowni i kopalni Turów karę pół miliona euro dziennie. Tyle Polska ma płacić do kasy Unii, za każdy dzień pracy kopalni.



Oczywiście, zamknąć Turowa nie można. Ale przecież ta sprawa to nie jest coś nowego, to trwa od lat! To można było już dawno załatwić, bodajże dwa lata temu, za grosze zupełne, ale nikomu nie chciało się nad sprawą pochylić. Potem sprawa wybuchła w maju tego roku, kiedy TSUE nakazał zatrzymanie kopalni. I co wtedy nam obiecywał Mateusz Morawiecki? 

- W wyniku porozumienia Czesi pozew mają wycofać - mówił 25 maja.

- Strona czeska będzie w najbliższych dniach operacjonalizowała po swojej stronie te ustalenia, ale jestem dobrej myśli, że uda się je doprowadzić do końca. W wyniku realizacji takiego planu będziemy mogli powiedzieć, że cała sprawa zostaje zamknięta, a elektrownia i kopalnia Turów dalej będą pracowały bez przeszkód - zapewniał.

- Mamy w zasięgu ręki polubowne załatwienie tego sporu - przekonywał.

I tak bombardował nas sukcesami co parę godzin. A potem przestał, bo stwierdził, że negocjacje lubią ciszę.

A teraz okazało się, że nic nie wynegocjował. Nic nie załatwił z Czechami, zaś jeśli chodzi o postępowanie przed TSUE - to koncertowo Polska przerżnęła. Ale winnych nie ma, nikt się nie poczuwa.

Teraz słyszę i czytam rozmaite pomysły, jak to władza zamierza poradzić sobie ze sprawą, którą zawaliła. Że nie będziemy płacić, a co! Że zagrozimy wyjściem z Unii. Że do Luksemburga pojadą polscy górnicy, i pokażą... Że zawieszamy, w ramach Grupy Wyszehradzkiej współpracę z Czechami... Że Morawiecki nie poda ręki Babiszowi.  

Pomysłów jest sporo, co każdy to głupszy ...

W sumie, trzeba być mistrzem, by banalne sprawy, typu rutynowe spotkanie na szczycie, czy lokalna sprawa dotycząca kopalni węgla, przekształcić w wielkie halo. By było to pretekstem do pouczania Ameryki, czy do okrzyków, że zrywamy Grupę Wyszehradzką, albo że wychodzimy z Unii. Nie ma słów, by to opisać, "z igły widły" - to przecież za mało.

Człowiek patrzy na to i się zastanawia, jakie szatany w tym mieszają? Jacyś agenci, czy może zwykła, rodzima głupota? Czy mamy do czynienia ze Stirlitzem czy z gangiem Olsena?

Optymistycznie stawiam na to drugie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy