Reklama

Reklama

Sejm zadecydował, kiedy skończyła się II wojna światowa

Posłowie Platformy wnioskowali, a Sejm zadecydował, kiedy skończyła się II wojna światowa. Więc skończyła się nie 9 maja 1945 roku, lecz dzień wcześniej. Na pierwszy rzut oka to spór formalny - gdy feldmarszałek Keitel podpisywał akt bezwarunkowej kapitulacji, w Niemczech była godzina 22.30, 8 maja. Ale w Moskwie było już po północy. Stąd data dzień późniejsza.

Dziś wydawałoby się nie ma to żadnego znaczenia. Okazuje się jednak, że ma - to symboliczny wybór: czy Polska stoi dziś (i stała wówczas) po zachodniej, czy po wschodniej stronie Europy.

Ale przy okazji tej dyskusji głośno zabrzmiały inne poglądy. Oto poseł PiS Tadeusz Dziuba przekonywał, że w maju 1945 r. skończyła się w Polsce "ludobójcza niewola niemiecka", ale naród polski popadł na następne dziesięciolecia w inną niewolę "sowieckiego despotyzmu". Z kolei Zbigniew Girzyński mówił, że w ogóle nie powinniśmy tego święta w Polsce mieć. Bo "to nie było dla nas żadne zwycięstwo, ale klęska".

Reklama

Innymi słowy, dla polskiej prawicy, a przynajmniej znacznej jej części, upadek faszystowskich Niemiec to był niewiele znaczący epizod i jedna okupacja została zastąpiona drugą.

Ha! Może dla Girzyńskiego była to klęska, ale dla ludzi, którzy zostali oswobodzeni z obozu w Auschwitz, było to wybawienie. Dla nich to była zasadnicza różnica. Ale rozumiem, że Girzyński uważa, że krematoria po 8 maja 1945 pracowały nadal.

Że mieliśmy uliczne egzekucje, a kolejne polskie miasta - wzorem Warszawy - były wyburzane. To znaczy, najpierw wybuchały tam powstania, pacyfikowane przez komanda morderców, a potem je niszczono, kamienica po kamienicy. A te zdjęcia, które znamy z kronik filmowych - odbudowa Warszawy, zagospodarowanie Ziem Zachodnich, budowa KGHM, Portu Północnego, Polic, petrochemii w Płocku i tak dalej - są fikcją. A jeżeli coś takiego było, to tylko po to, żeby wzmacniać militarny potencjał Układu Warszawskiego.

Cóż... Spotkałem się gdzieś z określeniem, że komuniści specjalnie budowali mieszkania, żeby móc w ten sposób łatwiej ciemiężyć ludzi...

Piszę to wszystko nie po to, by dworować sobie z niemądrości ekstremistów. Rzecz jest ważniejsza. Otóż na naszych oczach, krok po kroku, Platforma razem z PiS-em dokonują rewizji historii, zupełnie nie bacząc na fakt, jakie to może pociągnąć konsekwencje.

Tu nie chodzi o niewinną zmianę daty zakończenia wojny. Tu chodzi o postawę, którą znakomicie pokazuje okrzyk Girzyńskiego: "To nie było dla nas żadne zwycięstwo, ale klęska". 

Więc Polska nie była u boku aliantów? Polacy nie byli czwartą siłą zbrojną koalicji? Okazuje się, że nie.

W tej platformersko-pisowskiej historiografii ZSRR jest permanentnym okupantem. A II wojna światowa to wojna z Rosją i z komunistami. Dla niektórych, tych, co śpiewają "ojczyznę wolną, racz nam wrócić Panie", ta wojna trwa do dziś. Ta historiografia nie rozdziela czasu wojny (którą wygraliśmy) i czasu po wojnie, kiedy wypełniano konkretną treścią ramy porozumień jałtańskich. Że w Polsce wypełniono je tak, a nie inaczej? Inaczej niż w Finlandii czy Jugosławii? A nawet Czechosłowacji? To już inna sprawa...

Ani w PO, ani w PiS nikt takich spraw nie rozważa. Jest wojna z Rosją.

Więc obóz w Auschwitz, jak mówi minister Schetyna, wyzwolili jacyś Ukraińcy, a nie wojska ZSRR. Więc upamiętniane są Narodowe Siły Zbrojne, które chętniej walczyły z Gwardią Ludową i BCh (o Żydach nie wspomnę) niż z Niemcami. I które umieściły Irenę Sendlerową na liście proskrypcyjnej, do rozwałki. Więc czekam tylko, jak za kwintesencję patriotyzmu uznana zostanie Brygada Świętokrzyska, która w porozumieniu z szefem radomskiego Gestapo Paulem  Fuchsem (potem był w jej sztabie), uciekając przed frontem, przemaszerowała na Zachód. 

W tej nowej historiografii mamy nie tylko nowych bohaterów, ale i nowych zapomnianych. Nie wiadomo, jakie wojska zdobywały Kołobrzeg. Nagle okazuje się, że nie wolno nam mówić o rzezi wołyńskiej i UPA, w imię pokrętnej logiki, że wróg mojego wroga jest moim przyjacielem. A do rangi wydarzenia wyrastają publikacje książkowe, których autorzy przekonują, że Polska powinna w 1939 roku iść ramię w ramię z Hitlerem.  

Wojna kieruje się prostą logiką - gdy walczą dwie strony, a jest to wojna światowa, to jest się albo po jednej, albo po drugiej. Jeżeli więc - jak nam  ostatnio co poniektórzy wmawiają - Polska nie była po stronie Anglii, USA i ZSRR, to pewnie była po stronie Niemiec i ich sojuszników - Upowców, Strzałokrzyżowców, Żelaznej Gwardii i tak dalej.

Nie dziwmy się więc, że świat nie za bardzo już wie, co Polska robiła w czasie II wojny światowej, skoro w samej Polsce panuje w tej sprawie zamieszanie. Skoro pomija się zdobywców Kołobrzegu i Berlina, za to czci bezwartościowe militarnie grupki.  

Dyrektor FBI James Comey, który jednym tchem wymienił Niemców, Polaków i Węgrów jako winnych holocaustu, jest dzieckiem tego chaosu, tego postrzegania świata.

Polska prawica tego nie pojmuje, ona zwala wszystko na Tomasza Grossa, "Gazetę Wyborczą" i film "Ida". Wierzy po bolszewicku, że jak o czymś się nie powie, to tego nie będzie.  To głupota i naiwność.  I mistrzostwo świata w pluciu pod wiatr, bo trzeba talentu, żeby wygrać wojnę, potem tego się wstydzić, a potem wpisywać się do obozu przegranych.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy