Reklama

Reklama

Pytania z pola bitwy o media

Posłanka Pawłowicz, jak to ona, już wytłumaczyła, dlaczego PiS musi mieć media publiczne: bo one muszą być rządowe, bo rząd musi mieć telefon do wyborców. Nie wątpię, że podobnie myśli większość PiS-u, aczkolwiek w tym myśleniu widzę i błąd, i pułapkę jednocześnie.

Zacznijmy od błędu. Otóż w dzisiejszych czasach media dzielą się na zdystansowane i tożsamościowe. Jeśli chodzi o te drugie, użytkownicy je czytają (słuchają, oglądają), żeby uzyskać potwierdzenie swoich poglądów, lub żeby znaleźć argumenty, które ich w tych poglądach utwierdzą. Telewizja Trwam jest takiego medium klasycznym przykładem. Choć nie ona jedyna do tego gatunku należy.

Reklama

Media zdystansowane to te, które próbują na wydarzenia patrzeć z dalszej perspektywy, które najchętniej posiłkują się różnego typu ekspertami itd. To jest zdecydowanie trudniejsze dziennikarstwo, wymagające nie tyle żarliwości, co wiedzy oraz taktu. I to jest półka dla mediów publicznych. Zwłaszcza w Polsce. Dlaczego?

Na pewno jedną z porażek III RP jest to, że Polacy są podzieleni, i to tak, że nie potrafią już ze sobą rozmawiać. Mówić jednym językiem. Widać to co chwila. Charakterystyczne było tu wystąpienie posłanki Lichockiej podczas debaty w Sejmie o mediach. Gdy wykrzykiwała, jak została z telewizji publicznej wyrzucona. Przez ludzi z PO. Ale nawet się nie zająknęła, by opowiedzieć, jak do tej telewizji trafiła, i jak robiono dla niej miejsce. Więc posłanka, owszem, powiedziała, jak było, ale tylko częściowo, to, co dla niej było wygodne.

Media publiczne powinny być dalekie od takich awantur i takich historii nie dopowiedzianych do końca. To powinno być miejsce dla najważniejszych polskich spraw, debat, podczas których moglibyśmy wysłuchać argumentów różnych stron. Poznać świat bez partyjnej cenzury.

No dobrze, zapyta ktoś, a czy tak w praktyce było? Odpowiedź jest oczywista - nie było. Media publiczne były politycznym łupem, były wykorzystywane do propagowania takiej lub innej linii partyjnej. Czasami bardziej delikatnie, czasami mniej, ale zawsze bezwstydnie. Platforma ma tu swoje grzechy, bronić jej nie zamierzam.

Więc gdy któraś ze stron politycznego sporu mówi, że telewizję publiczną trzeba naprawić, strzygę uszami.

Tak zresztą zapowiadał PiS. Tylko że, jak widać z jego działań, PiS nie ma zamiaru budować mediów publicznych jako miejsca, w którym dobrze czuliby się wszyscy Polacy. PiS chce te media wziąć tylko i wyłącznie dla siebie i zrobić media PiS-owskie. Absolutnie jednorodne. Na wzór Telewizji Republika czy Telewizji Trwam.

PiS tak chce i tak zrobi. Tylko po co? Chwycenie mediów publicznych za twarz, zrobienie TVPiS, to nie będzie przecież nic nowego. Tak było w latach 2006-2007 i niewiele to dało, bo w 2007 roku Polacy wybrali PO. Więc, zapyta ktoś, skoro to wtedy nie zadziałało, nie odmieniło losów wyborów, po cóż dziś PiS chce wchodzić do tej samej rzeki? A ja odpowiem: a czy rzeczywiście chce wchodzić do tej samej rzeki?

W planach PIS media publiczne są pierwsze w kolejce. Po ich skonsumowaniu ekipa Kaczyńskiego weźmie się za media prywatne i za internet. Stosując metody biznesowe - spółki skarbu państwa mogą dawać albo nie dawać zleceń reklamowych itp. Jednych w ten sposób można wykończyć, innych ozłocić. Właścicielom niektórych tytułów mogą zostać złożone oferty w ramach akcji "repolonizacji mediów" itd. Są jeszcze środki policyjne.

Bo tym razem PiS zamierza iść dalej - tu już nie chodzi o wpływ na taką czy inną stację, tylko na stan umysłu większości Polaków. Czy to się uda? Myślę, że nie. Że w dobie internetu, Facebooka i Unii Europejskiej pomysły żywcem wyjęte z moskiewskich szaf mają małe szanse powodzenia. Zwłaszcza że Polacy lubią być przeciw.

Ale ci, co decydują, wierzą, że jest inaczej. I są prowadzeni przy tej okazji w pułapkę. Ktoś przecież wmawia im, że jak będą mieli "swoje" programy, kierowane przez "zaufanych" dziennikarzy, to będą mieli lepiej. Że jeżeli będą produkować "patriotyczne" filmy, to i naród będzie po właściwej stronie. Owi ktosie to powtarzają, zapominając dodać jednego: że za swoje usługi wystawiają rachunek. Nie byle jaki.

W telewizji PiS-owskiej były specjalne wyceny za specjalne materiały, więc droga jest przetarta. Teraz dojdą do tego "patriotyczne" programy, widowiska i filmy. Nie chcę być męczący, ale jeszcze parę tygodni temu pan Czabański zapowiadał w sprawie telewizji publicznej cuda-wianki. Pracownicy wywaleni do firmy leasingowej mieli powrócić do TVP na etaty, telewizja miała rozpocząć własne produkcje, a nie kupować je od tzw. producentów zewnętrznych... No, miało być pięknie i oszczędnie.

Teraz widzimy, że w tej sprawie PiS pękł. Że z tych zapowiedzi nic nie zostało, poza mętną obietnicą, że te sprawy ureguluje tzw. duża ustawa, która będzie za parę miesięcy. Naiwni niech wierzą. Będzie więc tak, jak było - tylko że "niesłusznych" dyrektorów i producentów filmowych zastąpią "słuszni". Którzy wiedzą, na której półce stoją konfitury.

Miejmy świadomość tego, że telewizja publiczna z samych reklam ma ponad 900 mln zł, a z abonamentu około 450 mln. Jej budżet to ponad 1,5 mld zł. Uszczknijmy z tego 1 proc. - to kwota 15 mln zł. A do "uszczknięcia" jest przecież dużo więcej.

Tak wygląda w wielkim skrócie pole bitwy o media publiczne. Jedni chcą się mścić na tych, którzy ich wyrzucili, inni wierzą, że ulepią "nowego Polaka" i zapewnią sobie rządzenie na zawsze, a jeszcze inni widzą w tym złoty interes. A publika gwiżdże i żąda głów, bo ciemny lud tak lubi.

Pytanie dnia może być więc tylko jedno: kto na tym skoku zyska najwięcej, kto weźmie, co chciał, a kto się rozczaruje?  

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy