Reklama

Reklama

Polityczna gra Powstaniem

Gdy zbliża się 1 sierpnia i rusza lawina rocznicowych uroczystości, artykułów, wspomnień, po raz kolejny przypominają mi się obrazy z dzieciństwa. Mieszkałem na warszawskiej Woli, w kamienicy, której mieszkańcy mieli to szczęście, że uniknęli rzezi. Dlaczego, wyjaśnił mi to kilka lat temu Piotr Gursztyn, autor książki "Rzeź Woli". Otóż ten fragment dzielnicy miał być rozstrzelany w dalszej kolejności, był kolejny na liście. A później zmieniły się rozkazy, więc kobiet i dzieci już nie mordowano, tylko wypędzono do kościoła św. Wojciecha. A stamtąd, po nocach grozy, zostali przepędzeni do obozu w Pruszkowie. Szli po trupach, inaczej się nie dało, ten motyw zawsze powracał w opowieściach mego ojca, wówczas 11-letniego chłopca.

Mam też w pamięci opowieści sąsiadów, bo oni wrócili po wojnie do swoich mieszkań. To są takie obrazy - dzieci bawią się na podwórku, a starsze panie, na ławeczce, mówią. To w nich siedzi, one to z siebie wyrzucają, dzieci nie chcą tego słuchać... O pani, a ta z Wolskiej, jak płakała, poszła po mleko, dzieci w domu zostawiła, już wrócić nie mogła, wszystkich wymordowali... Moja kuzynka tam w szpitalu pracowała, już nie wróciła... A pamięta pani tę Kozłowską, co jej mąż u Lilpopa pracował, jeszcze w lipcu rozmawiałam z nią, cieszyła się, że koniec wojny niedługo, że to wymodliła, że Niemcy uciekają. Wszyscy zginęli...

Reklama

Przypominają mi się też inne obrazy, ze spotkań rodzinnych. Bo różne ciotki mieszkały a to na Żoliborzu, a to w Śródmieściu. I opowieść o jednej z nich, jak jej syn, wybitnie zdolny matematyk, który celująco zdał maturę na kompletach, przepowiadano mu wielką karierę, poszedł do powstania. Ona prosiła, płakała, żeby nie szedł, a on pobiegł za kolegami. Zginął. Potem, po wojnie, szukała jego mogiły...

Tyle. To są strzępy. Z tych opowieści pamiętam bardziej ich klimat niż treść, nie chciałem ich słuchać, nie były ze świata dziecięcego. A jak ich słuchać chciałem, to tych, którzy mogliby mówić, już nie było.

Czas zmienia perspektywę. Gdy 1 sierpnia, a i w późniejszych dniach, ojciec chodził ze mną na Powązki, żeby palić światełka na mogiłach, było to monotonne i nudne. Te podpisane mogiły na Powązkach...  18 lat, 17 lat, 19 lat... Wtedy wydało mi się, że to normalne, że to dorośli żołnierze. Dziś wiem, że to dzieciaki. Którym dano do ręki butelkę z benzyną i kazano iść na uzbrojonych po zęby bandytów.

Więc można, oczywiście wygłaszać napuszone mowy, że skrawek wolnej Polski, że chwała bohaterom, że było warto...

No, przepraszam - nie było warto.

Gdy mówimy dziś o Powstaniu Warszawskim, musimy mieć świadomość, że to są trzy oddzielne opowieści.

Pierwsza, to czas przed Powstaniem, kiedy dowództwo AK debatuje, czy ogłosić Godzinę W, czy nie, rozważa za i przeciw. Druga - samo powstanie, jego przebieg i klęska. I trzecia opowieść - to wszystko, co dzieje się później, aż do dnia dzisiejszego. Czyli mit powstania, i polityczna gra.

Pierwsza opowieść jest kluczowa. Dowództwo debatuje. Ma różne opinie, także świeżą opinię prosto z Londynu, że nikt na Zachodzie powstaniu nie pomoże. Musi zadecydować - rzucamy wszystkie siły teraz, czy czekamy? To egzamin mądrości, umiejętności przewidywania, politycznego i wojskowego, odpowiedzialności.

To dowództwo zdało ten egzamin na pałę. Oni zachowali się jak hazardziści w kasynie, którzy wszystkie żetony rzucają na jeden numer. A może się uda? No, nie udało się, wszystko przegrali, miasto, mieszkańców, kwiat młodzieży.

Po co jest wojsko? Po to, żeby broniło cywilów, kobiet i dzieci. To jak nazwać wojsko, które wydaje ich na śmierć?

Czego wymaga się od dowódców?

Nie muszę w krytyce Bora-Komorowskiego, Montera, Okulickiego, Pełczyńskiego, Jankowskiego, starać się o jakieś wyszukane określenia. Opinia ówczesnej emigracji była wystarczająco dosadna. Gen. Anders określił decyzję o wywołaniu powstania jako "ciężką zbrodnię". Więc co tu jeszcze dodawać?

Więc dodajmy tylko, że w lipcu 1944 nie brakło w Warszawie tych, którzy przestrzegali przed tragicznymi konsekwencjami powstania. Opowiadał mi Wiesław Chrzanowski, współzałożyciel konspiracyjnej Młodzieży Wszechpolskiej, jak bardzo jego środowisko było przeciwne powstaniu, wołając, że to frymarczenie substancją narodową. I on też był przeciw, ale gdy wybuchło poszedł walczyć, w szeregach Narodowej Organizacji Wojskowej.

Taka właśnie była wtedy Warszawa, gdzie ramię w ramię, pod dowództwem AK, walczyła i NOW, i Armia Ludowa, i PAL, i syndykaliści...

Druga opowieść to już samo powstanie, walki na ulicach miasta. To co się dzieje to jest w zasadzie konsekwencja etapu pierwszego. Ataki chłopców byle jak uzbrojonych na ufortyfikowane posterunki, rzeź Woli, absolutna militarna klęska, co pokazuje bilans strat. Niemcy stracili 1800 żołnierzy i cywilów, Warszawa 150-180 tys. cywilów, 16 tys. powstańców, i 4 tys. kościuszkowców, którzy walczyli na Pradze, oraz na przyczółkach czerniakowskim i żoliborskim.

Sto do jednego! Ile jest w historii starć, w których są takie proporcje strat?

Jerzy Stefan Stawiński, scenarzysta "Kanału", ale i "Akcji pod Arsenałem", i "Pułkownika Kwiatkowskiego", i "Obywatela Piszczka" był w Powstaniu oficerem w kompanii "Baszta". Gdy kiedyś, w jego mieszkaniu, zapytałem go o Powstanie, zaciągnął mnie do okna. "Pan spojrzy przez okno, wychodzi na Fort Mokotowski. Na ten fort przeznaczyliśmy jedną kompanię 'Baszty'. I ta kompania, mając parę pistoletów maszynowych, dwa czy trzy, a poza tym tylko granaty i pistolety, wyległa na ulicę Racławicką, żeby go zdobyć. Spotkał ich taki grad pocisków, że cała kompania - koniec. Parę osób się uratowało. Pięć minut trwało tutaj powstanie, to było wysłanie ludzi na rzeź. Nawet wysłałem tam patrol telefoniczny, żeby się z nimi połączyć. Ten patrol utkwił w krzakach - nie było z kim rozmawiać".

Ale najbardziej utkwiła mu w pamięci wędrówka kanałami, to musiał z siebie wyrzucić. "Ja przecież wprowadziłem do tego kanału 70 osób, a wyszedłem we dwie albo trzy - mówił mi. - Reszta dostała się do Niemców albo gdzieś po drodze zginęła. W gównie."

Tak przeszła do historii ostatnia bitwa II Rzeczpospolitej. Agonia tamtej Polski zaczęła się we wrześniu 1939, na szosie zaleszczyckiej. A ostateczna śmierć przyszła w roku 1944, w ruinach Warszawy.

No i trzecia opowieść - wszystko to co dzieje się wokół Powstania po jego upadku. Polityczna gra Powstaniem. Od jego absolutnego przemilczania po niezwykłą gloryfikację.

Rozumiem politykę - historia jest dla niej wdzięcznym polem. Służy legitymizowaniu siebie i swoich zwolenników, i odbieraniu prawa do istnienia - przeciwnikom. Refleksja nad wydarzeniem, hołd poległym - to drugi plan. Na pierwszym są ci żywi, którzy walczą o chwilę chwały.

To właśnie się dzieje. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje