Reklama

Reklama

Niemcy i Francja mają plan: Unia w Unii

Wszyscy to wiemy – po referendum brytyjskim Europa już nie będzie taka sama. Więc jaka będzie? Po pierwszych reakcjach największych, Niemiec, Francji, wyraźnie widać, że jest tam pewien plan. Że Brexit ich nie zaskoczył.

Zwróćmy uwagę na to, że już dzień po referendum niemiecki minister spraw zagranicznych Frank-Walter Steinmeier zwołał spotkanie szefów dyplomacji szóstki państw założycieli EWG. Ministrowie błyskawicznie na nie przybyli i nie sprawiali wrażenia zdziwionych.

Jak informowały niemieckie media, Steinmeier od kwietnia regularnie spotykał się z szefem francuskiej dyplomacji, Jean-Markiem Ayraultem, pracując nad wspólnym dokumentem dotyczącym przyszłości Unii. Nad planem B. Ten około dziesięciostronicowy materiał został zaprezentowany w gronie szóstki, choć jego założenia musiały być uczestnikom spotkania wcześniej znane i przez nich zaakceptowane. Co o nim wiemy?

Reklama

Po pierwsze, Niemcy i Francja chcą jak najszybciej zamknąć sprawę wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii. "Negocjacje w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej powinny zacząć się jak najszybciej" - to słowa Steinmeiera. Przyklasnął mu Jean-Marc Ayrault: "Istnieje paląca konieczność rozpoczęcia negocjacji, abyśmy nie musieli wchodzić w okres niepewności, ze wszystkimi gospodarczymi i politycznymi tego konsekwencjami".

Dlaczego Niemcom i Francji zależy na tym, by sprawę Wielkiej Brytanii szybko rozwiązać? Odpowiedź nasuwa się sama. Po pierwsze, długie negocjacje wprowadzają chaos, źle wpływają na gospodarkę i politykę. Stan przejściowy musi być krótki. A po drugie - i to jest ważniejsze - Niemcy i Francja chcą ułożyć Unię po nowemu, według własnego scenariusza. On już zresztą został nawet nazwany - to "Unia elastyczna". Cóż to oznacza?

Na kryzysy, które kołysały Unią, proponowane były przez lata dwie recepty. Pierwsza mówiła - więcej Unii, więcej jedności, wspólnych instytucji, wtedy Unia odzyska zdolność do działania. Będzie sterowna. Druga recepta głosiła coś przeciwnego - mniej Unii, mniej władzy Brukseli, państwa narodowe łatwiej sobie z kryzysami poradzą. Liderami takiego podejścia do sprawy byli Brytyjczycy, nazywani głównymi hamulcowymi europejskiej jedności. Cameron w ostatnich latach sprawiał kłopoty Francuzom i Niemcom, domagał się szczególnego traktowania, wetował, wpisywał do umów unijnych wyłączenia.

Teraz, gdy go nie ma, grupa zwolenników pogłębiania integracji znalazła się sama na placu boju. To znaczy nie sama, bo po stronie eurosceptyków są jeszcze Węgry, a teraz dołączyła do nich Polska. Są też państwa skandynawskie, które podkreślają swoją odrębność, jest nieszczęsna Grecja. Tak czy inaczej, to grupa państw mniejszego kalibru, różnie patrząca na przyszłość Europy.

Odpowiedzią na taką sytuację jest "Unia elastyczna". Ona nawiązuje do pomysłu Francuzów - "Europy różnych prędkości" - i to jest pakiet, który został rzucony na stół.

To jest odpowiedź na nastroje panujące w bogatych krajach Zachodu - rosnącego poczucia obcości wobec nas, tych biedniejszych Europejczyków. Pokazało to referendum w Holandii, w którym wyborcy opowiedzieli się przeciwko umowie stowarzyszeniowej z Ukrainą, pokazały wyniki wyborów w Austrii, pokazują sondaże, wskazujące na wzrost nastrojów antyimigranckich i na niechęć do wspierania finansowego nowych państw Unii.

Rachuby Steinmeiera, Ayraulta i ich kolegów są więc proste - oni chcą odbudować sterowność Unii poprzez zacieśnienie współpracy "starych członków", czyli tworząc Unię w Unii. A "ubogich krewnych", którzy sprawiają kłopoty, którzy chcą pieniędzy, zostawić w innym kręgu. W pewnej oddali.

To we Francji czy w Holandii się spodoba. Ta idea nowej Unii, bardziej europejskiej, przeznaczającej pieniądze na rozwój nowoczesnych technologii, a nie na programy wyrównywania szans w Polsce czy Słowacji. Unii grającej twardo, stawiającej na pierwszym planie interes tych, którzy płacą.

To będzie stosunkowo proste, bo brytyjski hamulcowy sam wyskoczył za burtę, bo społeczeństwa zachodnie chcą odcięcia balastu, bo idea "nowej Europy" może być dobrym politycznym hasłem na użytek wewnętrznych gier.

Więc pewnie dziś, podczas spotkania z ministrami spraw zagranicznych Grupy Wyszehradzkiej, Frank-Walter Steinmeier ogłosi im "dobrą nowinę", która będzie brzmiała mniej więcej tak:

"Uwzględnimy wasze zastrzeżenia dotyczące Unii, inne poglądy niż nasze, ba!, wasz pomysł na przekształcenie Unii, żeby była bardziej otwarta na różnorodność. Tak! To zrobimy! Bo uznajemy nadrzędność państw narodowych i uznajemy też, że mają one - jeśli chodzi o projekt jedności europejskiej, zróżnicowane poziomy ambicji. I, oczywiście, mamy też nadzieję, że tak jak my szanujemy wasze poczucie odrębności, tak wy będziecie szanować nasze - to znaczy przyjmiecie do wiadomości, że my, na Zachodzie, zacieśniać będziemy współpracę. Bez was. Aha, a jeśli chodzi o pieniądze, to - sami rozumiecie - po wyjściu Wielkiej Brytanii będzie ich dużo mniej, trzeba to będzie inaczej dzielić...".

Tak oto tworzyć się będzie unijne jądro, klub bogatych otoczony strefą wolnego handlu. Czyli rynkami zbytu. W ten sposób, w białych rękawiczkach, elegancko, bogata Europa zamierza dać kopniaka tej biedniejszej i wystawić ją za drzwi.

Hmm... Wpływ na taki plan polscy przywódcy mieli ograniczony. To było poza nimi. Ale swoimi głupimi wypowiedziami, handryczeniem się z Komisją Europejską, pouczaniem jej, bardzo ułatwili zadanie wszystkim tym, którzy mają nas dość.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje