Reklama

Reklama

​Na lewicy pożar

Myślałem, że już niewiele w polskiej polityce mnie zaskoczy... A jednak! Zaskoczył mnie Włodzimierz Czarzasty, gdy zawieszał kolejnych członków zarządu Nowej Lewicy, ba! wiceprzewodniczących, podczas... posiedzenia zarządu. To wyglądało tak, że pytał się Marek Dyduch, człowiek ekipy Czarzastego, kolejnego kolegi - jak zamierza głosować? Czy tak jak chce przewodniczący, czy inaczej? Gdy odpowiedź brzmiała: inaczej, Dyduch wołał: zgłaszam wniosek o zawieszenie! I już. Czarzasty zawieszał. Jednego, drugiego trzeciego... Aż do momentu, kiedy miał potrzebną większość.

Tak oto polskie życie polityczne wkroczyło w nowy etap - przewodniczący partii zawiesza kogo chce i kiedy chce. Takimi trikami morduje partię, przekształcając ją w oddział zwarty.

I to się dzieje na lewicy...

Ech... Do tej pory jej symbolem, punktem do którego należało zmierzać, był skrót PPS, wielki mit partii czystej i szlachetnej. A teraz mamy PPC, czyli prywatną partię Czarzastego.

To PPC - jak widzę, przyglądając się sprawie - nie spadło z nieba, pomysł zjednoczenia z Wiosną, czy raczej resztkami po Wiośnie, w tym kierunku zmierzał - by wyeliminować co bardziej niepokornych i samodzielnych działaczy, i zapewnić sobie rządzenie w partii na zawsze. W pewnym momencie oni w tej grze się zorientowali i zaczęli się buntować. Więc Czarzasty przyspieszył egzekucję... 

Reklama

Czy to ma przyszłość? Taka partia?

Oczywiście, wszystko zależy od wyborców, czy będę chcieli na nią oddać głos. Ich sprawa. Dobrze byłoby jedynie, żeby mieli świadomość, że partia, której szef nie musi liczyć się z głosem działaczy, środowisk skupionych wokół, w której nie ma wewnętrznej dyskusji, refleksji, jest ciałem, na który wpływu żadnego nie mają. Że wszystko przechodzi w sferę prostego PR-u.

Jak to wygląda w praktyce? Słucham Czarzastego, który właśnie przekonuje, że to on jest gwarantem niezależności, i że właśnie pokonał frakcję, która chciała lewicę zaciągnąć do PO.

No cóż, równo dwa lata temu ten sam Czarzasty jak lew ciągnął SLD pod skrzydła PO.

- Wierzę w Koalicję Europejską. To największy, najlepszy i najtrudniejszy projekt, jaki powstał w Polsce po transformacji. Jedyny, który jest w stanie wygrać z PiS-em, także na gruncie programowym. Jestem więc lojalny wobec tego projektu - mówił. - Gdy pan Schetyna uzna, że wciąż chce ten projekt budować, to na mnie i SLD może liczyć - dodawał.

Jak pamiętamy, Schetyna, mimo takiej lojalki, wyrzucił Czarzastego z KO. I tak, raczej z przypadku niż jakiegoś planu, powstała trójgłowa koalicja lewicy.

Nie przypominam tych słów, by nad przewodniczącym się znęcać. Rozumiem, że rzeczywistość ewoluuje, i że partia też może zmieniać stanowisko.

Rzecz jest innego rodzaju - zwroty, sojusze, partia może zawierać tylko wtedy, kiedy przekonani do takich manewrów są jej działacze, a przynajmniej większa ich część. I kiedy akceptują to wyborcy. Ważne decyzje podejmuje się w dyskusji, kolegialnie.

A jeśli chodzi o partię Czarzastego już nic takiego nie ma. O czym mogliśmy się przekonać, gdy okazało się, że negocjacje z premierem Morawieckim, w sprawie poparcia Planu Odbudowy prowadził sam, w tajemnicy przed zarządem własnej partii. O pełnomocnictwa już się nie pytam...

Więc cóż może do partii przyciągać, która raz tak, raz śmak, i zawsze nie wiadomo jak? Idee? Przecież jeżeli mamy rzucanie się od ściany do ściany, to wiadomo, że żadnych idei tu nie ma. Że jest handel. Albo brak rozumu.

Stanowiska? Ale jakież przewodniczący może obiecać stanowiska, skoro poparcie jego partii to poziom 5-8 proc.? Oczywiście, obiecać może wszystko, ale kto przytomny zaryzykuje? Jak lokować w takiej partii emocje, skoro przewodniczący raz woli PO, innym razem PiS, i nie potrafi sensownie wyjaśnić, dlaczego?

Tak oto jesteśmy świadkami ciężkiego kryzysu lewicy. Tym bardziej zaskakującego, że mamy w kraju przyrost nastrojów lewicowych. A po drugie, Platforma, którą przejął Donald Tusk, zezuje chętniej w stronę Konfederacji. Zostawia więc po lewej stronie więcej miejsca.

Okazuje się, że nie ma to znaczenia. Lewica, która miała okazję stanąć na nogi, ma pożar w swoich progach, bo przewodniczący postanowił, że wyrzuci pół partii, gdyż chce być nieusuwalnym imperatorem.

Piszę te słowa, mając świadomość, że za chwilę ktoś mi podpowie, żebym zerknął jak jest w PO , czy  PiS... Przypomniał sobie, jak wyrzucał Kaczyński, Tusk, czy nawet taki Budka. Owszem, sytuacja na lewicy wpisuje się w szerszy kontekst - że polski system polityczny staje się wodzowski. Sowietyzuje się.

Kaczyński, Tusk, wielcy wodzowie... I grono poddanych krzyczących "ura"! Ale czy warto iść tą drogą?

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama