Reklama

Reklama

Ludzie tygodnia

​Coraz więcej mediów, tych papierowych i elektronicznych, zabawia czytelników różnego rodzaju klasyfikacjami, typu "Ludzie tygodnia". Idąc z duchem mody, też mam swoje typy. Na pierwszym miejscu umieściłbym Małgorzatę Sadurską, na drugim - Mariusza Błaszczaka, a trochę dalej Władysława Frasyniuka.

​Coraz więcej mediów, tych papierowych i elektronicznych, zabawia czytelników różnego rodzaju klasyfikacjami, typu "Ludzie tygodnia". Idąc z duchem mody, też mam swoje typy. Na pierwszym miejscu umieściłbym Małgorzatę Sadurską, na drugim - Mariusza Błaszczaka, a trochę dalej Władysława Frasyniuka.

Dlaczego tak?

Dziś Sadurska obejmuje funkcję członka zarządu PZU, opuszczając stanowisko szefa Kancelarii Prezydenta RP. Za ten transfer od paru dni spotyka ja fala hejtu i różnych szyderstw. Moim zdaniem - niesprawiedliwych.

Sadurska podjęła przecież decyzję jak najbardziej racjonalną. To nie jest zaszczyt pracować w Kancelarii Prezydenta, którego mają za hetkę-pętelkę, i to nie tylko ci z opozycji, ale i z własnego obozu politycznego. Jakież można więc mieć na takim stanowisku wpływy? Owszem, można podsunąć prezydentowi wniosek o ułaskawienie jakiegoś znajomego. A poza tym?

Reklama

W zarządzie PZU będzie za to miała realną władzę. To jedna z najbogatszych polskich firm. Jej zysk to prawie 2,5 mld zł rocznie, jest obudowana spółkami-córkami, fundacjami, wydaje miliony na sponsoring i działania marketingowe. Do człowieka dysponującego taką kasą dzień i noc stoją kolejki partyjnych działaczy... Nie ma wątpliwości - Sadurska zamienia administrowanie w drugorzędnym urzędzie na coś naprawdę dużego. Na wielki projekt.

Zresztą pokazują to zarobki. Dokładnie nie wiem, ile zarabia szef Kancelarii Prezydenta, ale zdaje się jest to kilkanaście tysięcy zł. No to w PZU, jak bębnią w gazetach, dostanie miesięcznie 90 tys. zł. Jest różnica?

Nie ma żadnych wątpliwości, 90 proc. czytających, i 90 proc. partyjnych kolegów pani Sadurskiej postąpiłoby tak jak ona. Więc o co chodzi?

Ano właśnie chodzi o tę partyjność.

Przy całym bowiem szacunku do p. Sadurskiej, trudno zaprzeczyć, że dostała to stanowisko nie ze względu na jakieś nadzwyczajne kwalifikacje, bo przecież ich nie ma, ale po prostu dlatego, że jest w PiS-ie. Jest tam związana z frakcją rydzykowców, i z tego rozdania idzie do PZU. To będzie jej pierwsza biznesowa posada, czyli tak naprawdę na stanowisku wiceprezesa będzie się szkolić...

To wszystko sprawia, że PiS ma kłopot. Ta partia szła bowiem do wyborów pod hasłami wielkiej krytyki Platformy Obywatelskiej. Krytykowała PO za zawłaszczenie spółek skarbu państwa, szarogęszenie się w nich, ten cały nepotyzm, ośmiorniczki, i przyznawanie sobie niebotycznych pensji.

I co?

I okazuje się, przykład Sadurskiej jest tego egzemplifikacją, że PiS gdy zdobył władzę, płynnie wszedł w buty PO. I to samo robi ze spółkami skarbu państwa co poprzednicy. Najpierw przekonywał, że to co robi Platforma w spółkach skarbu państwa to patologia, a gdy je wziął - tę patologię rozwinął, powiększył. Jest więc prostym imitatorem PO.

Trudno więc sądzić, by takie zachowanie mogło podobać się Polakom. Dlatego, oceniając awans Sadurskiej, można stwierdzić, że zrobiła ona dobrze sobie, a swej partii - wręcz przeciwnie.

Bo jak zostało udowodnione, w tej elementarnej przecież sprawie - podejścia do tego co publiczne - między PO i PiS nie ma różnicy. I jedni i drudzy chcą konsumować. Jaki jest więc sens obserwować ich ustawki?

Hmm... Sensu nie ma, ale przecież nie da się jak struś schować głowy w piasek.

Specyfika PiS-u polega na tym, że jeżeli Platforma konsumowała w ciszy, opowiadając dyrdymały o ciepłej wodzie w kranie, to partia Kaczyńskiego czyni to wszystko z przytupem, tak, żeby wnerwić ludzi.

Specjalistą jest tu szef MSWiA Mariusz Błaszczak, człowiek z IQ w okolicach 100, albo też nauczony udawać, że tak ma.

Błaszczak ogłosił właśnie w ubiegłym tygodniu, że policja wyda negatywną opinię jeśli chodzi o bezpieczeństwo Przystanku Woodstock, że będzie tam niebezpiecznie, że nie wiadomo kto może tam przyjechać, i i że de facto - oni za nic nie biorą odpowiedzialności. A bierze ją "organizator związany z totalną opozycją".

Trzy razy słuchałem słów Błaszczaka, i włosy stawały mi dęba.

Oto bowiem mamy taką sytuację - rok temu były w Polsce Światowe Dni Młodzieży, zjechały tysiące młodych ludzi z całego świata, i policja potrafiła wydarzenie zabezpieczyć. Jej funkcjonariusze chwalili się w mediach, jak to wszystko dyskretnie sprawdzają, jak wtapiają się po cywilnemu w tłum itd.

Kolejną miesięcznicę, którą Jarosław Kaczyński celebrował w centrum Warszawy, ochraniały kordony policjantów, było ich więcej niż uczestników PiS-owskiej uroczystości.  I z zapałem wynosili protestujących.

Te dwa przykłady pokazują, że policja potrafi chronić. I z buta - jak w Warszawie, i dyskretnie - jak rok temu.

Tymczasem szef MSW ogłasza, że kolejna impreza, Przystanek Woodstock, już nie będzie dobrze zabezpieczona. On sobie więc wybiera - co jest chronione, a co nie.

On chroni te imprezy, które są w interesie jego partii, a inne - organizowane przez ludzi "związanych z totalną opozycją" - lekceważy. Czyni wszystko, żeby je zdeprecjonować lub w ogóle - zlikwidować.

Zapomina, że jest ministrem państwa, a nie swojej partii. I że policjant jest funkcjonariuszem państwa.

Pomijam nienormalną nienawiść do Owsiaka, która na polskiej prawicy została wzbudzona, bo to temat na inne rozważania, już po Przystanku. Chcę dorzucić do tego jeszcze jedno - nie wiem, czy Błaszczak zdaje sobie rację z wagi swych słów, ale jego deklaracja, że Woodstock będzie źle zabezpieczony to przecież otwarte zaproszenie dla wszelkiej maści wariatów i terrorystów. To wołanie - przyjeżdżajcie, łatwo będzie wam bombę wnieść, bo my tego dobrze pilnować nie będziemy!

To proszenie się o tragedię. Czy o to mu chodzi? 

W każdym razie, jeżeli cokolwiek na Przystanku się stanie - to Błaszczak będzie pierwszym odpowiedzialnym.

No i jeszcze parę słów o Frasyniuku. PiS mądrze czynił, odstrzeliwując tych ludzi z opozycji, którzy mogli mu zagrażać. Tych, którzy mieli w sobie to coś. Najpierw spalono Petru, potem Kijowskiego, i wydawało się, że będzie miło i spokojnie. A tu nagle pojawił się Frasyniuk, któremu Błaszczak (IQ! IQ!) uczynił wielki polityczny prezent, czyniąc go bohaterem sobotniej zadymy.

Teraz Frasyniuk jest dziś liderem najbardziej nieprzejednanej antypisowskiej opozycji, jego kocha ulica.

Więc, drogi PiS-ie, zamienił stryjek siekierkę na kijek! Frasyniuk to jest przeciwnik wyższej wagi. I zagończyk, i trybun ludowy, i facet z legendą, bardziej Kmicic niż polityk, i trudno go postraszyć. I ugryźć też trudno.

Więc, jeśli tylko nie rzuci wszystkiego, żeby zająć się swoją firmą, i na 100 procent zostanie w polityce, to władza będzie miała kłopot.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy