Reklama

Reklama

​Ksiądz Dymer - filar III RP

W sprawie księdza Dymera, który miał wykorzystywać seksualnie chłopców, najbardziej paskudne jest to, że... Więc właśnie, co jest paskudne? Czy krzywda, którą miał czynić dzieciom? A może to, że był przez lata całe chroniony przez biskupów? W roku 1995 duchowni wiedzieli, co ksiądz Dymer wyczynia. Chyba mogli sobie wyobrazić co robi. I nic... Przez te lata funkcjonował bez większych kłopotów. Ba! Nawet nie odsunięto go od pracy z młodzieżą.

Oto Kościół, który grzmi i poucza, napuszcza ludzi na społeczność LGBT, a tu proszę, duchowny miał dopuszczać się molestowania... I przełożeni biskupi, a pewnie i inni duchowni, którzy wiedzą, kim Dymer jest, ale nie tylko to im nie przeszkadza, ale kryją jego skłonności i przestępstwa... Jest jednym z nich, spowiada, udziela komunii św., naucza...   

Reklama

Dopiero w roku 2008, po reportażach w mediach, wszczęto w jego sprawie śledztwo. Dziś już wiemy, że z tymi reportażami też nie było łatwo. Byli naczelni, którzy nie chcieli publikować informacji o tym, że ks. Dymer dopuszczał się molestowania. Bo, jak tłumaczył Paweł Lisicki, ówczesny redaktor "Rzeczpospolitej", nie mając stuprocentowej wiedzy,  można niechcący skrzywdzić człowieka. Brawo! Ale czy w innych sprawach, dotyczących innych ludzi, był równie delikatny i skrupulatny?

W efekcie, wyrok w sprawie księdza, kościelny, zapadł w tym roku, na parę dni przed jego śmiercią. Wyroku w sądach powszechnych i tak byśmy się nie doczekali, bo przestępstwa, które popełniał, uległy przedawnieniu.

Sprawa księdza Dymera jest kolejną, z niepokojąco długiej listy, duchownych pedofili, gwałcicieli. Długiej, bo wciąż pojawiają się na niej kolejni... A łączy ich to, że swoje żądze mogli zaspokajać w poczuciu bezkarności. Przełożeni pobłażali im. Kryli ich. Ale krył ich też aparat państwa! Tak jak pewien prokurator z województwa podkarpackiego, niesłychanie wyrozumiale podchodził do przypadku księdza z Tylawy.... Oto mamy grupę ponad prawem.

Czy to się może zmienić?

Ha! Po ujawnieniu sprawy ks. Dymera, jakiś dziennikarz wieszczył "upadek moralny Kościoła". Myślę, że uczynił to pochopnie. Bo owszem, sprawy się przełamują, ale się nie przełamały.

"Zło atakuje - atakuje nasz kraj, naszą ojczyznę, nasz naród, atakuje instytucję, która jest w centrum naszej tożsamości - atakuje Kościół, Kościół katolicki!" - głosił nie tak dawno, we wnętrzu kościoła w Starachowicach Jarosław Kaczyński. Więc zgodnie z tym myśleniem wyciąganie na światło dzienne postępków Dymera jest jak atak na Polskę, na "centrum naszej tożsamości".

Po co to Kaczyński mówił? Ano po to, żeby zaklepać sobie miejsce pierwszego przyjaciela Kościoła. A po co? Bo wie, co pomaga władzy, co buduje jej siłę.

W Polsce filarami władzy jest poparcie społeczne, aparat państwa, pieniądze, media publiczne, policja jawna i tajna. I poparcie Kościoła. Z tego punktu widzenia obecna władza jest silniejsza niż ta za Polski Ludowej. Bo tamta nie miała Kościoła, nie miała rządu dusz.

Spójrzmy na opozycję. Po demonstracjach kobiet w jej szeregach głośno zaczęto mówić o potrzebie liberalizacji prawa do przerywania ciąży. Jako postulacie. I co? Platforma zaprezentowała swoją propozycję - powrotu do dawnej ustawy z 1993 roku (nazywanej fałszywie kompromisem aborcyjnym), wzbogacona mętnymi zapisami pozwalającymi, po wielkich konsultacjach, na przerwanie ciąży do 12 tygodnia. Tak, żeby obiecać, ale nie dać.

Strach przed siłą Kościoła, strach, że się straci tych, którzy biskupów się słuchają, Platformę paraliżuje. Nie tylko ją, bo i PSL, i Szymon Hołownia, z Kościołem się liczą.

A jak się liczą, to przymykają oczy, na Dymera, na innych... To płacą, fundują, pomagają... Jedni bardziej, drudzy mniej, ale to tylko w intensywności uczuć jest różnica.

To jest więc też odpowiedź, dlaczego w Polsce przez lata całe, i w czasach Tuska, i w czasach Kaczyńskiego, mógł funkcjonować ksiądz Dymer i jemu podobni. Bo biskupi go kryli, a politycy i wysocy urzędnicy bali się sprawy ruszyć. Bo system władzy w Polsce posolidarnościowej uwzględniał dominującą rolę Kościoła.

Owszem, to się zmienia. Ale w niedużym stopniu. Mamy teraz taki podział - z jednej strony jest PiS, władza, i Kościół, który jest jej filarem. No i ta podreptująca opozycja, niby przeciwna władzy, ale - jak sama dowodzi czynem i słowem - nie Kościołowi. A z drugiej strony mamy  to "zło" z kazania Kaczyńskiego - dziewczyny ze Strajku Kobiet, dziennikarze, którzy wyciągają na światło dzienne rozmaite machloje,  ci wszyscy którzy mają dość, na różnych poziomach buntu. Bardzo dużo młodzieży. Czyli, rój pszczół, uciążliwy, bo bzyczą i kąsają, ale średnio groźny. Oczywiście, nie lekceważę tej grupy, ona będzie rosła, to jest początek tego nowego, które ma realną szansę rozbić Polskę posolidarnościową. I zacząć budować nową.

Ale do tego rozbicia droga daleka.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama