Reklama

Kilka pieczeni Putina

I przyjaciele uchodźców, i ci, którzy natychmiast by ich odesłali, w jednym są zgodni - Europa powinna coś zrobić, by jak najszybciej na Bliskim Wschodzie zapanował pokój i ład, tak, by ludzie z tamtych krajów nie musieli rozpaczliwie uciekać. Ha! Zrobić! Ale co?

I przyjaciele uchodźców, i ci, którzy natychmiast by ich odesłali, w jednym są zgodni - Europa powinna coś zrobić, by jak najszybciej na Bliskim Wschodzie zapanował pokój i ład, tak, by ludzie z tamtych krajów nie musieli rozpaczliwie uciekać. Ha! Zrobić! Ale co?

Europa, Zachód - mówiąc szerzej, miał nadzieję w roku 2011, że arabska wiosna zamieni rządzące w tamtym regionie dyktatury na reżimy demokratyczne, proeuropejskie. Więc w Libii obalono Kadafiego, w Egipcie Mubaraka, a w Syrii wybuchło powstanie przeciwko Baszarowi Asadowi. Dziś Zachód pluje sobie w brodę za tamte marzenia i tamtą lekkomyślność. Bo we wszystkich tych krajach prodemokratyczne siły zostały szybko zmielone i dziś nie mają znaczenia.

W Libii mamy de facto dwa państwa, plus różne plemienne milicje. Z jej terytorium przemytnicy przerzucają do Europy, głównie do Włoch, tysiące uchodźców - Libijczyków i mieszkańców Czarnej Afryki.

Reklama

W Egipcie po obaleniu Mubaraka przeprowadzono wybory prezydenckie. Wygrał w nich kandydat Bractwa Muzułmańskiego, ale długo nie porządził, bo obaliła go armia, wprowadzając - ku wielkiej uldze Zachodu - wojskową dyktaturę. Ku uldze. bo - co prawda - generałowie bez wahania podpisują wyroki śmierci, ale z Egiptu uciekinierów nie ma.

No i jest Syria, w której prezydent nie dał się obalić, wciąż dysponuje 120-150-tysięczną armią i kontroluje jedną trzecią terytorium. Syria krwawi, w wojnie zginęło kilkaset tysięcy niewinnych ludzi, a 4 miliony uciekło za granicę. Część z nich przebija się do Europy, bo nie mogą wrócić do siebie, a nie chcą do końca życia mieszkać w obozie.

Ale wojna domowa w Syrii uruchomiła jeszcze inny proces - początkowo głównym rywalem Asada były siły prozachodnie. To się jednak szybko skończyło - one dziś się nie liczą, dziś walczą z nim ugrupowania bliskie Al-Kaidzie, jak na przykład Front Al-Nusra, no i Państwo Islamskie, czyli ISIS.

ISIS rozpościera się na obszarze połowy Syrii i Iraku - to obszar wielkości Wielkiej Brytanii, więc, nie czarujmy się, te wszystkie naloty, o których tak głośno, tego "państwa" nie obalą. Jest dobrze zorganizowane, kierują nim oficerowie armii Saddama Husajna, i ma to "coś", co ściąga doń ochotników płci obojga z całego niemal świata. No i ma plany budowy wielkiego kalifatu, zajmującego dawny obszar imperium Umajjadów plus pół Europy. A na początek chce wypchnąć Asada do morza, co sprawi, że kolejne miliony Syryjczyków i Kurdów ruszą do Europy.

No dobrze, jak więc zatrzymać ISIS i Al-Kaidę na Bliskim Wschodzie?

Amerykanie mieli pomysł, uruchomili program szkolenia syryjskich partyzantów, tych prodemokratycznych. Program zakładał przeszkolenie 5,4 tys. bojowników. Zgłosiło się do niego 1100 ochotników, z czego do programu zakwalifikowano... 60. Ostatecznie wyszkolono 54, uzbrojono ich w nowoczesny sprzęt i przerzucono na granicę turecko-syryjską.

Oddział przekroczył granicę i słuch po nim zaginął. Z nieoficjalnych informacji wiadomo, że część partyzantów porwali żołnierze frontu Al-Nusra, że przejęli sześć ciężarówek z nowoczesną bronią, i tak dalej...  Kilkanaście dni temu szef Naczelnego Dowództwa USA gen. Lloyd Austin, pytany w Kongresie USA o los oddziału, odparł, że czterech lub pięciu przeszkolonych bojowników wciąż walczy na terytorium Syrii. No, trudno uznać to za poważne zagrożenie...

Dodajmy, że na ten program Amerykanie wyłożyli 500 mln dolarów. I już wiemy, że takie szkolenia to kpiny.

Nie dziwmy się więc, że za najpoważniejszą propozycję rozwiązania konfliktu syryjskiego, wojny z ISIS i uchodźców zgłosił Władimir Putin, wzywając do budowy koalicji antyterrorystycznej.

Putin chce przy tym upiec kilka pieczeni. Chce bronić Asada, bo to ostatni sojusznik Rosji na Bliskim Wschodzie. Ale widzi też, że Państwo Islamskie staje się dla  Rosji wielkim zagrożeniem. Bo w jego szeregach walczą oficerowie czeczeńscy, a także ochotnicy z Uzbekistanu, Kazachstanu, Kaukazu... Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by uzmysłowić sobie, że będą oni chcieli nieść pożogę "rewolucji" także do tych rejonów, z których się wywodzą.

Radykalny islam jest więc takim samym zagrożeniem dla Rosji, jak i dla Zachodu. Ale Putin, walcząc z ISIS, chce też wrócić do wielkiej światowej gry. Bo będzie chciał załatwić wszystko w pakiecie - wojnę z ISIS, sprawę Ukrainy, ceny ropy i gazu, zniesienie embarga...

Czy więc powstanie wielka koalicja antyterrorystyczna? Kto w niej weźmie udział? Kto da wojska lądowe? Czy Zachód ją kupi? Ile gotów będzie za to zapłacić?

Na naszych oczach następuje kolejne odwrócenie sojuszy, bo wojujący islam i setki tysięcy uciekinierów bardziej Zachód straszą niż kolejny ostrzał w Donbasie. I nie ma co się gorszyć, bo taki jest świat.

Asad, który obrzucał własnych obywateli bombami beczkowymi, może już niedługo awansować do roli sojusznika, a ci, co z nim walczyli, zostaną zapomniani. Politycy ładnie to wytłumaczą. To ich odróżnia od tej reszty, która widzi świat tak jak kibole - oni w niczym nie biorą udziału, za nic nie ponoszą odpowiedzialności, zawsze nienawidzą tego samego wroga, zawsze to samo krzyczą i żądają samych zwycięstw.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy