Reklama

Reklama

Kaczyński ma plan i nie jest bez szans

Nie podzielam opinii większości komentatorów, że Jarosław Kaczyński zwariował, że przygniotła go trauma smoleńska i kolejne porażki wyborcze, więc kąsa na lewo i prawo. Nie podzielam ich opinii, że to koniec PiS-u, że ta partia się rozpada, że się samomarginalizuje, i że teraz czekają nas długie i szczęśliwe rządy PO.

Reklama

Uważam, że Jarosław Kaczyński działa według opierającego się na logicznych przesłankach planu, który ma szanse na powodzenie.

Reklama

Owszem, forma tego działania, te opowieści o bombowcu Tu-154, o tym, że Polska to kondominium rosyjsko-niemieckie, albo że Komorowski i Tusk powinni zniknąć, uprawniają, by podejrzewać go o pomroczność. Jarosław Kaczyński ma swoje fobie, jest popędliwy, pamiętliwy, mściwy, żąda miłości, to wszystko są mało żoliborskie odruchy, które ciągną go w dół.

Ale oddzielmy formę od treści.

Plan Kaczyńskiego opiera się - o czym on sam parokrotnie mówił - na analizie wyników wyborów prezydenckich. Na próbie odpowiedzi na pytanie, dlaczego dostał w I turze 36,5 proc, a w drugiej 47 proc. Czyli dużo więcej niż sondaże dawały PiS-owi...

Otóż na ten wynik złożyły się dwa elementy.

Pierwszy - to Smoleńsk. Katastrofa smoleńska odcisnęła głębokie piętno na polskim społeczeństwie, ruszyła polską duszą. Pisałem już o tym, więc nie ma co się powtarzać. Dodam tylko jedno - nie sądzę, by było wielu tych, którzy zagłosowali na Kaczyńskiego tylko dlatego, że uznali, że się zmienił, że teraz będzie prawie taki jak PO.

Ci wyborcy, do których był adresowany efekt zmiany, mieszkańcy wielkich miast, i tak głosowali na Komorowskiego, przy tym zgrzytając zębami - a to sprytny Kaczyński, proszę jak udaje!

Można zakładać, że więcej głosów prezesowi PiS przyniosłaby smoleńska mobilizacja. Bo wówczas do urn poszłoby wielu tych, którzy do wyborów się nie pofatygowali. A których bijąca w patriotyczne dzwony kampania pewnie by do wyborczych lokali zapędziła.

Drugi element, który złożył się na wynik wyborów prezydenckich jest innego rodzaju.

Rzecz w tym, że wyborcy głosują wedle dwóch impulsów. Albo na swoich, albo przeciwko komuś. Mamy więc żelazne partyjne elektoraty, a z drugiej strony elektoraty negatywne. O tym drugim mówi się dziś najczęściej w kontekście Jarosława Kaczyńskiego - że Polacy go tak nie znoszą, że głosują na PO, choć z tą partią się nie identyfikują.

Odwróćmy tę tezę - jestem przekonany, że w wielkiej części swój dobry wynik w wyborach prezydenckich Jarosław Kaczyński zawdzięcza też elektoratowi negatywnemu. Ale elektoratowi negatywnemu PO. Czyli milionów ludzi, którzy sobie szeptali: ten Kaczyński jest okropny, ale jeszcze bardziej nie znoszę Tuska i Komorowskiego. I nie oddam na nich głosu.

Ten elektorat negatywny PO istnieje, łatwo go wyłapać patrząc jak spada w sondażach poparcie dla rządu, albo prościej - opuszczając wielkie miasta i udając się w Polskę.

A czy będzie rósł? Raczej będzie.

Nic przecież nie zapowiada boomu gospodarczego, przeciwnie, czeka nas podwyżka podatków, kłopoty wielu przedsiębiorstw, kłopoty ze znalezieniem pracy. A przede wszystkim rozwarte nożyce między aspiracjami a możliwościami. Nie możemy też zapominać o naturalnym procesie demoralizacji partii rządzącej, na dodatek przekonanej, że nic jej nie grozi.

To jest proces nieuchronny - Donald Tusk może jeździć z siekierą po Polsce, a i tak po rożnych dziurach będą pojawiać się kolejni działacze partii rządzącej, umoczeni w kolejne przekręty, geszefty. Tak jak było za Leszka Millera (i jak zaczynało być za premiera Kaczyńskiego). Władza demoralizuje. A Polaka w szczególności.

A władza zdemoralizowana wyborcę złości. W Polsce zwłaszcza.

I na taki rozwój sytuacji liczy Kaczyński.

Więc nie trzeba mu udawać, że przeżył iluminację, że jest prawie jak PO, że jest mięciutki i miły jak puchaty kotek. Przeciwnie. Ewidentnie wybiera on wariant Victora Orbana, wariant węgierski. Dwóch nienawidzących się obozów. Tych z Budapesztu i tych z reszty kraju.

Na Węgrzech socjaldemokraci rządzili i rządzili, aż się sami zawalili. Ugrzęźli w aferach, we własnej nieudolności, sparaliżowani swoją niemocą i rosnącą z miesiąca na miesiąc niepopularnością. Orban poszedł po władzę jak po swoje. Wziął wszystko. Ponad 50 proc. Czy nie o czymś takim marzy prezes PiS?

Ano marzy. Więc nie jest mu potrzebna partia rozgadana, tylko zdyscyplinowana armia. Która będzie tropić wroga i ostrzeliwać dzień i noc.

Wariant Orbana zakłada, że im gorzej tym lepiej. Że trzeba grzmieć na władzę, podkładać jej nogę gdzie się da i kiedy się da, opowiadać, że wszystko się wali, wszystko jest rozkradane, i wyciągać rządzącym haki. I powtarzać, że oni to gorszy rodzaj Polaków. Którzy śmieją się z tych biedniejszych, którzy nie szanują tradycji, wiary, krzyża, i podlizują się Niemcom i Rosjanom.

Oni tam, a my tu.

I to w Polsce już mamy. O rządzących, jako o ludziach innego rodzaju, mówi nie tylko PiS, ale i ksiądz Rydzyk i jego rozgłośnia, i co drugi biskup. W kontekście wprzęgnięcia biskupów i proboszczów w rydwan PiS, wojna o krzyż na Krakowskim Przedmieściu jest bardzo pomocna.

Kaczyński wyraźnie zakłada, że im będzie gorsza atmosfera w kraju, większe zamieszanie, poczucie bałaganu i zagrożenia, korupcji, zmęczenie władzą PO, tym większe będzie zapotrzebowanie społeczne na tzw. silnego człowieka, który to wszystko chwyci za pysk i zrobi porządek.

Polacy mają autorytarne skłonności, więc taki "wódz" jest dla nich czymś naturalnym. I w końcu mogą zacząć sobie mówić - jest już taki syf, więc niech się dzieje co chce, niech przyjdzie ten Kaczyński, widać, że ma charakter.

A wtedy władza sama, jak gruszka, wpadnie mu do fartuszka.

Na taki scenariusz liczy Jarosław K. I nie jest to myślenie wariata. To jest całkiem realna gra.

Robert Walenciak

Forum: Czy Jarosław Kaczyński powinien zniknąć z polityki?

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje