Reklama

Reklama

Ja nie wierzę tobie, ty nie wierzysz mi

Jeżeli miałbym wskazać jeden, jedyny czynnik w naszym życiu publicznym, który powoduje, że jest ono takie jak jest, to wskazałbym bez wahania na brak zaufania. Brak zaufania jest powszechny – nie ufają sobie politycy, politykom nie ufają przedsiębiorcy, wyborcy, nikt nikomu nie wierzy, jeden podejrzewa drugiego.

I słusznie!

Reklama

Spójrzmy na przykład, co mówi premier Morawiecki o pandemii. Ile to już razy rzucało go od ściany do ściany. Koronawirus miał być już pokonany latem, tak oznajmiał. Wielkie zwycięstwo. Potem okazało się, że tak nie jest, więc władza zamykała szkoły, otwierała szpitale prowizoryczne szpitale, była panika. Potem, nie tak całkiem dawno, premier znów ogłosił, że wygrywamy z koronawirusem, że jest dobrze. By teraz zaskoczyć nas po raz kolejny - po Świętach będziemy mieli de facto krajowy lockdown, zimowe wyjazdy zostały odwołane, a na Sylwestra ma obowiązywać godzina policyjna. Choć nie wiadomo, czy będzie - bo już są głosy sprzeciwu, już prawnicy udowadniają, że to nielegalne.

Czy w takiej sytuacji można wierzyć premierowi? No, nie można, bo nikt nie wie dziś, co on powie jutro.

Ten decyzyjny chaos jest wszechobecny. I nic nie zapowiada, że będzie go mniej. Posłuchajmy zresztą, co przedstawiciele rządu mówią o szczepieniach. Oto minister Dworczyk dumnie zapewnił, że możliwe jest nawet szczepienie 5 mln osób miesięcznie. Na co minister zdrowia odpowiedział, że wydolność polskiej służby zdrowia to raczej 1 mln na miesiąc. Przy czym, wciąż nie wiadomo czy jednemu i drugiemu chodzi o milion szczepień czy milion osób, bo jak już wiemy, aby preparat był skuteczny trzeba zaszczepić się dwa razy.  

To są ważne sprawy, bo albo zaszczepimy się wszyscy w pół roku, albo w trzy lata. Do tego dochodzą takie "drobiazgi", jak niechęć do szczepień - deklaruje ją co drugi Polak. Więc jak to będzie?

Oczywiście, nie wiem jak będzie.  Ale wiem, że gdyby to pytanie postawić przedstawicielowi rządu, to zaraz na nie by odpowiedział, pewnym siebie tonem. A że bez sensu? A kto za dwa dni będzie o tym pamiętał?

Te przykłady, z ostatnich dni przecież, ograniczone tylko do sprawy koronawirusa, jednoznacznie wskazują na dwa czynniki. Po pierwsze, że ludzie w rządzie nie mają jasnego obrazu sytuacji, więc coś tam, po omacku, deklarują. A po drugie, że mają nas wszystkich za kretynów, za ciemny lud, któremu wystarczy byle co powiedzieć, i będzie OK. Że wtedy się odczepimy. Współgrają zresztą z tym płynące z rządu, tym razem pod adresem opozycji oskarżenia - że jej działania, sprawiają, że ludzie nie ufają rządowi. Bo oczywiście, partie, które nie są PiS-em, powinny PiS podziwiać i wspierać.

To jest obłąkańcze myślenie.

Rzeczą normalną przecież jest, że w takiej sytuacji jak pandemia, bardzo dynamicznej, ministrowie, premier, mogą czegoś nie wiedzieć. Bo po prostu zbyt wiele jest niewiadomych, a i dane wciąż się zmieniają. Oczywiste jest też, że w takich sprawach, jak na przykład wyjazdy zimowe, trzeba ważyć wiele racji. 

I normalna władza by to ważyła. Prowadziłaby konsultacje, rozmowy. Z biznesem, z samorządowcami, także z opozycją. Także na łamach gazet. Takie decyzje byłyby może trochę późniejsze, ale za to nie trzeba byłoby potem nic zmieniać, odkręcać itd. No i podejmowane byłyby w atmosferze jakiegoś konsensusu.

Kłopot tej władzy polega jednak na tym, że takie działania w ogóle nie przychodzą jej do głowy (może poza Jarosławem Gowinem). Dla niej ci inni, samorządowcy, opozycja, środowiska niezależne, to ludzie obcy, którzy mają złe intencje. Wrogowie. Więc jak można z nimi się dogadywać, wsłuchiwać się w to co mają do powiedzenia? Władza wie lepiej! Z definicji! A poza tym (i to jest chyba kluczowe), każdy z ministrów wie, że ocena jego pracy nie zależy od tego, czy ludzie go dobrze oceniają, tylko od opinii jednej, bardzo konkretnej osoby.

Politycy PiS-u chętnie wołają "suweren, suweren", starając się w ten sposób podkreślić, że są sługami narodu itp. A tak naprawdę za swego suwerena uważają kogoś innego...

Chaos, który PiS generuje, nie jest więc kwestią przypadku. Nie jest też kwestią tego, że pisowskie kadry są marne i niezborne. I że często kręcą gdzieś na boku lody. Ten chaos to efekt konstrukcji aparatu władzy - w której wszystko podporządkowane jest jednemu człowiekowi i jego zadowoleniu.

Przykładów na to jest bez liku. Podam tylko dwa. Pierwszy to niedawne głosowanie w Sejmie nad budżetem 2021. To nic, że jest on raczej wirtualny, bo nikt nie wie, jak Polska będzie wyglądać za parę miesięcy. Ważny był gest - poprawki opozycji zgrupowano wspólnie i hurtem odrzucono. Nawet nie czytając. Przepraszam, czy wszystkie były do niczego? To nawet w Sejmie już nie ma jakiejkolwiek dyskusji?

I przykład drugi, ta niedawna manifestacja policyjnej siły, kiedy domu Kaczyńskiego pilnowało kilkuset policjantów i kilkadziesiąt policyjnych aut. Jedna dziesiąta tego by wystarczyła, ale przecież chodziło o coś innego, żeby zabłysnąć w oczach prezesa. Zadowolić jego miłość własną.

Tak wygląda system władzy, który sobie zbudowaliśmy.   

Opozycja, słaba przecież i zagubiona, nie miała na to żadnego wpływu. Jej przy tym nie było. Był PiS, i byliśmy my.

Nie, nie zamierzam lamentować. Bliższa jest mi inna myśl. Otóż, zaufanie można odbudować. Tylko trzeba przyjąć proste zasady - że się nie kłamie, że władza nie ma tajemnic (poza tymi prawdziwymi, wojskowymi), że nie łamie prawa, i odpowiada na pytania. To byłby jakiś krok w stronę normalności. Czego nam wszystkim, oprócz zdrowia oczywiście, łamiąc się opłatkiem, życzę.  

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama