Reklama

Reklama

I jak tu żyć?

Jestem pod wrażeniem. Ostatnie dni obrodziły nam bohaterami charakterystycznymi, takimi, których słowa bez zbędnych przeróbek powinny trafić do kajetów filmowych scenarzystów.

Szukaliście typowego człowieka Platformy? Postawiliście na ministra (już byłego) Sławomira Nowaka? Tego od zegarków? Więc pewnie pamiętacie jego słowa, gdy składał dymisję: "Całe swoje życie, często kosztem rodziny, poświęciłem budowaniu lepszej Polski".

Reklama

Łza w oku się kręci? Jest nuta wzruszenia? Chwila refleksji, że Polska bez takiego ministra wprawdzie będzie gorzej budowana, ale więzi rodzinne będą za to umacniane...

Ech... Nowak ze swoimi zegarkami i opowiadaniem, jak to poświęcał się dla ojczyzny, może grać platformerskiego dygnitarza bez charakteryzacji. Tylko że to mała rola. Takich jak on jest niewielu - to wąska grupa, tych ministrów, wojewodów, baronów... Napuchniętych z dumy...

Szukacie czegoś bardziej ludzkiego? Z naturalną twarzą? Mówiącego jak człowiek, a nie jak dygnitarz? No to macie!

Po tym jak w wyborach na dolnośląskiego barona Jacek Protasiewicz ograł Grzegorza Schetynę mamy ruch w interesie. Bo jedni drugich ukradkiem nagrywali i teraz te ich poufne rozmowy trafiły do gazet. Nieufryzowane, jak u Nowaka, ale takie od wątroby.

Mamy więc radnego Borkowskiego, który skarży się na swoje życie: "Od rana do nocy w samochodzie za średnie pieniądze, naprawdę za średnie" - mówi sól platformerskiej ziemi, zarabiający miesięcznie prawie 11 tys. zł. A potem dokonuje błyskotliwej analizy politycznej:

"Ta opcja (Protasiewicza) ma wejścia jakieś, dla mnie to jest istotne, bo też bym chciał w końcu jakąś pracę bliżej domu (...). Umówmy się, sprawy materialne są tak samo istotne, jak wszystkie inne i wiem na pewno, że tu jest jakaś tam szansa. (...) Tamta strona (Schetyny) nic! Żadnego wejścia, wszystko zamknięte".

I jak tu żyć? Borkowski wie: "Ja na przykład nie ukrywam, ja na coś liczę. Że odmienię swoje życie" - mówi.

No to, chłopie, odmieniłeś... Co tu pisać... Przez wiele lat symbolem PRL-u był Towarzysz Szmaciak, postać fikcyjna, która miała symbolizować szeregowego działacza PZPR, z jego temperamentem i przywarami. No to OK, PRL ma swego Towarzysza Szmaciaka, za to Platforma na swego Towarzysza Borkowskiego. Tego, który nie ukrywa, że na coś liczy.

Swego symbolicznego bohatera ma także ruch narodowy. Z oczywistych względów nie mogą nimi być pokazywani w telewizjach Artur Zawisza czy Krzysztof Bosak, obaj wzrostu niewielkiego, raczej mało mocarnej postury, o delikatnym głosie. Oni - nie. Za to on - tak. Myślę tu o niejakim Mariuszu Z. z miasta Płocka, lat 28, który 11 listopada, z okazji Marszu Niepodległości, nawiedził Warszawę.

Mariusz Z., przejęty miłością do ojczyzny (jak widać, dla wszystkich ojczyzna jest najważniejsza), najpierw patriotycznie brał udział w marszu, a potem, już pod koniec, gdy zauważył radiowóz policji, zwerbalizował swoje uczucia. Jako że miał 2 promille (wiadomo czego) we krwi, pełen uniesienia  wykrzykiwał do policjanta: "Ty k...o, psie j...ny. Ja jestem patriotą, a ty kim jesteś?".

Nie wiem, co odpowiedział policjant, pewnie: "A ja jestem policjantem", w każdym razie wsadził patriotę do suki i dostarczył przed oblicze sądu. A sędzia Marek Krysztofiuk skazał go na trzy miesiące więzienia bez zawieszenia. I 1000 zł, które ma zapłacić policjantowi, którego obrażał.

Nie chcę być prorokiem, ale coś mi się zdaje, że ten wyrok obrodzi dwojako. Po pierwsze, siły patriotyczne zlustrują sędziego Krysztofiuka do trzeciego pokolenia, wzdłuż i wszerz. Bo oto mają kolejnego wroga. No a Mariusza Z. narodowcy ogłoszą męczennikiem i bohaterem. Zobaczycie, w weekend znów gra liga, jak będą na trybunach skandować jego imię i słać pozdrowienia.

Tak oto mamy Polskę w trzech odsłonach, każdą tak prawdziwą, że aż ciarki  przechodzą po plecach.

Ale po 11 listopada zobaczyliśmy jeszcze jeden kawałek naszej ojczyzny. Ten pod spaloną tęczą.

Tak bowiem jest, że dla narodowców tęcza stojąca na warszawskim Placu Zbawiciela stała się wrogiem. Oni, ksiądz Rydzyk razem z nimi, widzą ją jako symbol ruchu LGBT, tak im się kojarzy, to ich kręci. "Pedalska tęcza" - woła o niej poseł PiS Kownacki. Chociaż nikt nigdy jej oficjalnie nie nazwał,  każdy może sobie wyobrażać co chce...

Nawiasem mówiąc, biegli w Piśmie Świętym tłumaczą, że tęcza to symbol przymierza Boga z człowiekiem - są ku temu zapisane stosowne fragmenty. Lecz widocznie nikt na lekcjach religii ich nie przerabiał. Zresztą, to i tak nie ma znaczenia, co na lekcjach religii się dzieje, znaczenie ma, co powie ksiądz Rydzyk i paru innych księży, to dziś jest wiarą, a nie jakieś gesty Franciszka, człowieka z drugiej strony świata.

Więc narodowcy, tak jak Don Kichot atakował wiatraki, atakują tęczę. I ją 11 listopada patriotycznie spalili. I cóż się potem stało?

Tęcza odradza się na naszych oczach, ludzie wtykają w jej zgliszcza kwiaty, młodzi przez Facebook skrzyknęli się, urządzili sobie przed tęczą godzinę całowania, żadna partia tym nie kierowała, ani żadna telewizja. Tak jak i spontanicznie ludzie zorganizowali się, w marszu przeciwko faszyzmowi. Poszło to błyskawicznie, raz dwa. Bez bablania o miłości do ojczyzny i tak dalej.

W górę serca! Ani Platforma tego kraju nie zepsuła, ani Mariusz Z. i jego kumple, nie przestraszyli. Oto Polska właśnie!

Robert Walenciak



Dowiedz się więcej na temat: Robert Walenciak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje