Reklama

Reklama

Guru mówi, lud powtarza i wierzy

Nie wiem, czy to jest bardziej straszne, czy bardziej śmieszne, ale na pewno weszliśmy w okres nowych zachowań politycznych. Otóż mamy tak, że najpierw jakąś myśl wyraża Jarosław Kaczyński, a potem inni ważni ludzie z jego obozu ją powtarzają, z zachwytem i podziwem, zależnie od własnej inwencji i osobowości.

Jarosław Kaczyński zaproponował podział wpływów w Trybunale Konstytucyjnym według zasady 8:7? Dzień później mówiła już o tym, jako propozycji rządowej, Beata Szydło. I tak dalej.

Teraz PiS bolą manifestacje KOD-u. Więc czyni wszystko, by ten ruch osłabić, zepchnąć na margines. Najprościej byłoby to uczynić odbierając KOD-owcom paliwo, czyli wycofując się z wojny o Trybunał Konstytucyjny. Ale to jest za proste, na to PiS jeszcze nie wpadł. Za to wpadł na inny pomysł - oblewania pomyjami demonstrujących. Żeby odebrać im wiarygodność, zniechęcić ich. Jak?

Reklama

Najpierw mówiono, że demonstrujący to  wyrzucani z pracy platformersi, potem, że to panie w futrach. A teraz mówią tak, jak Jarosław Gowin, który  orzekł: "Potwierdzam tezę Jarosława Kaczyńskiego, że istnieje pewien historyczny związek między częścią tych, którzy protestują, a środowiskiem komunistycznym".

Ten związek PiS odkrył lustrując dziadka Mateusza Kijowskiego, lidera KOD-u. Otóż w IPN odkryto, że jego dziadek, Józef Kijowski, żołnierz Września i partyzant BCh, po wojnie walczył z "bandami nacjonalistycznymi". Tak było zapisane w notatce z IPN-u.

Odłóżmy na bok dywagacje, czy taka notatka dyskwalifikuje Józefa Kijowskiego, obciąża go jakoś, odbiera mu prawo bycia Polakiem itd. Odłóżmy na bok dyskusję, czy po wojnie mądrzej było iść do lasu, czy też odbudowywać Polskę (nawiasem mówiąc, ojciec Jarosława Kaczyńskiego wybrał tę drugą możliwość). To jest inna rozmowa.

Istotne jest bowiem to, że w ten sposób Jarosław Kaczyński, kierując mózgami swoich oficerów i żołnierzy, buduje mit o Polakach gorszego sortu i lepszego, PiS-owców oczywiście umieszczając w tej drugiej grupie. I do tego rezerwując sobie rolę tego, kto decyduje, kto jest Polakiem jakiego rodzaju. To oczywiście nie ma nic wspólnego z przyzwoitością czy z historyczną prawdą.

Nieprzyzwoite jest przecież wypominanie komuś przodków, bo na to wpływu nie mieliśmy. Prymitywny jest taki dyskurs, w którym zamiast argumentów używane są metryki. Tak naprawdę, świadczy o tym, że nie ma się nic do powiedzenia, że zostaje tylko maczuga.

Dodajmy do tego jeszcze jedno: Jarosław Kaczyński sprawę przeszłości osób działających publicznie traktuje bardzo swobodnie, jednym wybaczając wszystko, innym - nic. Według prostej zasady - jesteś w PiS-ie, nikt cię nie ruszy, mogłeś mieć dziadka ubeka, mogłeś nosić na sercu czerwoną legitymację, to nie ma znaczenia. Nie jesteś w PiS-ie , to jesteś gorszy sort z założenia, nawet jak siedziałeś w więzieniu, to pewnie w lepszej celi, prawie jak na wczasach.

W ten sposób PRL-owski prokurator Stanisław Piotrowicz walczył za wolność, dokonując cudów bohaterstwa, prawie jak Kukliński, a taki Adam Michnik przesiadywał sobie w więzieniu, żeby pisać książki.

To wszystko rozciąga się także na czasy po roku 1989. III RP też ma swoją historię, też zmieniającą się. Jak choćby rola Tadeusza Rydzyka, który był kiedyś osobą podejrzaną o współpracę z Rosją, a teraz jest katolicką opoką Rzeczpospolitej. Albo rola Ludwika Dorna, niegdyś "trzeciego bliźniaka", a potem pieczołowicie wymazanego ze zdjęć i dokumentów PiS-u.

Czy taką wersję historii, która - niczym u Orwella - może zmienić się każdego dnia, ciemny lud kupuje? Myślę, że "ciemnemu ludowi" jest wszystko jedno, on inne ma aspiracje i oczekiwania.

Zwłaszcza że Antoni Macierewicz powołał do życia podkomisję mającą zbadać katastrofę smoleńską. W ciele tym są sami zwolennicy tezy, że to wybuchy na pokładzie doprowadziły do upadku prezydenckiego tupolewa, że to był zamach, a nie błąd pilotów. Dla ludzi PiS-u jest oczywiste, że tak właśnie było. A Jarosław Kaczyński, który publicznie śmiał się z "cienkiej brzozy", w tym przekonaniu ich umacnia.

Nawet ci, którzy jeszcze parę miesięcy temu wypowiadali się o katastrofie z rezerwą, dziś zdecydowanie utrzymują, że "zdrowy rozsadek podpowiada, że samolot rozpadł się w powietrzu". Zaś oczekiwanie ludzi PiS-u wobec tej podkomisji najpełniej chyba wyraziła wdowa po Januszu Kochanowskim, byłym rzeczniku praw obywatelskich - że doczekała się ciała, które "rzetelnie i uczciwie" wyjaśni przyczyny katastrofy, czyli pociągnięci zostaną do odpowiedzialności Donald Tusk, Tomasz Arabski i Radosław Sikorski.

Mamy więc winnych, teraz trzeba znaleźć paragrafy. I mogę iść o każdy zakład, że podkomisja tych winnych wskaże (wiadomo kogo), niezależnie od materiałów, które zgromadzi i oceni. I że znów będzie awantura, i to jaka!

Takich przykładów pokazujących, jak to politycy PIS wpierw wsłuchują się w głos prezesa, by później powtarzać zasłyszane teorie, jest więcej. To wygląda jak ruch religijny, w którym wierni powtarzają słowa swego guru, najczęściej w nie wierząc. A że inni się śmieją?

Spokojnie, na nich też przyjdzie pora.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy