Reklama

Reklama

​Daję ci głowę Bodnara

To wszystko, co się dzieje wokół Rzecznika Praw Obywatelskich, pokazuje jak na dłoni, że polska polityka żegna się z rozumem, z myśleniem dłuższym niż perspektywa paru miesięcy. To wszystko - czyli zarówno dzisiejsze orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, jak i bezskuteczne (od września!) wybieranie następcy Adama Bodnara.

Reklama

Zacznijmy od rzeczy podstawowej: w konstytucji dokładnie jest opisane, jak ma być wyznaczony Rzecznik Praw Obywatelskich - wybiera go Sejm, za zgodą Senatu. Czyli twórcom Konstytucji chodziło o to, by Rzecznik był wyłoniony w drodze szerszego konsensusu, żeby nie tylko aktualnie rządząca większość miała wpływ na jego nominację. Żeby był kandydatem zgody. A obecna sytuacja polityczna jeszcze mocniej tę ideę uwypukliła. Sejm musi dogadać się z Senatem! Czyli PiS z opozycją! Więc dlaczego PiS, bo to Sejm najpierw wysuwa kandydata, a potem Senat go potwierdza, nie potrafi się dogadać? Przez tyle miesięcy?

Reklama

Oczywiście, Adam Bodnar nie był dla PiS-u łatwym Rzecznikiem Praw Obywatelskich. Ale taka właśnie jest rola tego urzędu, by za obywatelami, by za krzywdzonymi przez państwo, się wstawiał. Absolutnie wolę takiego Rzecznika, niż grającego ramię w ramię z rządzącą partią.

Myślę zresztą, że obywatele też w swej większości są podobnego zdania. Charakterystyczny był tu niedawno sondaż, w którym pytano ankietowanych, kto z obecnych kandydatów na RPO podoba im się najbardziej. Wygrał - Piotr Ikonowicz, z poparciem ponad 25 proc.!

Zwróćmy uwagę, Ikonowicz, kandydat lewicy, zyskał dwa, a może i trzy razy więcej niż ugrupowanie, które go wysunęło. Lewica wyszła więc poza swoich dotychczasowych wyborców, już na tej kandydaturze zyskała.

A warto pamiętać, że Ikonowicz, obrońca eksmitowanych i bezdomnych, z partyjną lewicą nie ma nic wspólnego. Owszem, jest socjalistą, i to zdeklarowanym, ale z życiem partyjnym nic go nie łączy. Więc fakt, że politycy lewicy zdecydowali się, by wysunąć jego kandydaturę, wychodząc poza swoją banieczkę, dobrze o nich świadczy. Ok - można mówić, że wiele do stracenia nie mieli, bo Ikonowicz i tak przepadł. Ale liczy się gest, i polityczna wyobraźnia.

Rozpisuję się o Ikonowiczu, bo owe 25 proc. go popierających pokazuje, jak znaczna część Polaków wyobraża sobie rzecznika - właśnie jako trybuna, szarpiącego się z władzą, w obronie najbardziej krzywdzonych.

Owszem, taki rzecznik trochę władzy podokucza, ale przecież jej nie obali. Więc po co ta mobilizacja w PiS-ie, że trzeba zdobyć urząd RPO? Poza tym, cóż to za geniusz wymyśla te ich kandydatury na rzecznika? Partyjnych aparatczyków, posłów PiS, bo taka jest wspólna wizytówka Piotra Wawrzyka i Bartłomieja Wróblewskiego... Oto więc władza wybiera ze swego grona zaufanego towarzysza, żeby patrzył jej na ręce. I ją hamował w różnych zapędach. Komedia? Ale w tym kierunku to zmierza.

Jestem na 100 proc. przekonany, że PiS, gdyby oderwał się od partyjnego myślenia, znalazłby dobrych kandydatów na stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich. Te poszukiwania mogłyby iść w dwóch kierunkach. Po pierwsze, mogliby znaleźć aktywnego działacza, niezwiązanego z partyjną polityką, ale na przykład z ruchami lokatorskimi, albo związkowymi. Czyli trybuna. Wtedy opozycji szalenie trudno byłoby przeciwko takiemu kandydatowi głosować.

Inna droga wiedzie śladem konstytucji - można byłoby znaleźć kandydata ze środowisk naukowych, który miałby wystarczająco dużo autorytetu i niezależności, że opozycja też nie mogłaby być przeciw.   

Czyli, w obu przypadkach, PiS musiałby się zgodzić na osobę niezależną. Na taką, która nie byłaby na gwizdek Kaczyńskiego. Ale też nie byłaby na gwizdek opozycji!

Lecz, jak widać, tego nie chciał, i nie chce.

Czy to jest mądre? Niezbyt. Oto bowiem funduje sobie Kaczyński prowizorkę. Może uda mu się wyrzucić Bodnara, i na jego miejsce wstawić, jako komisarza, kogoś swojego. Czyli, będzie on nie na pięć lat, tylko na krótko, do najbliższych wyborów, które wyłonią nową większość.  Która tego komisarza wykopie z hukiem i satysfakcją. I postawi na czele RPO kogo będzie chciała.

Po cóż więc te cyrki?

Moja teoria jest taka, że w tej całej awanturze chodzi Jarosławowi Kaczyńskiemu o to, żeby coś dać swojej prawicy, tej grupie jego zwolenników, którzy są najbardziej na prawo i najbliżej Kościoła. Ich Bodnar denerwował, im przeszkadzał, to oni cały czas oskarżali go o "lewactwo" i to że prowadzi wojnę kulturową (jakby oni jej nie prowadzili). Więc głowa Bodnara to dla nich radość. A Kaczyński musi mieć ich poparcie, bo Zjednoczona Prawica mu się rozpada, ma kłopoty z Solidarną Polską, która mija go z prawej strony, no i z Konfederacją.

Ot, całą tajemnica awantury. W imię małego politycznego geszeftu, rozwala się instytucję. Kaczyński politycznie może na tym zarobił sto zł, stracił tysiąc.

Wielki wódz od małych interesów. 


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje