Reklama

Reklama

Czy ludzie wytrzymają tyle przy telewizorze?

Jest parę chwil przed drugą debatą wyborczą, tym razem równą, bo zaproszono do niej liderów wszystkich ośmiu komitetów. Trwać będzie 100 minut, składać się z trzech części, czyli mniej więcej tak jak wczoraj. I teraz pytanie zasadnicze: czy ludzie wytrzymają tyle przy telewizorze? Przecież to więcej niż mecz...

Jest parę chwil przed drugą debatą wyborczą, tym razem równą, bo zaproszono do niej liderów wszystkich ośmiu komitetów. Trwać będzie 100 minut, składać się z trzech części, czyli mniej więcej tak jak wczoraj. I teraz pytanie zasadnicze: czy ludzie wytrzymają tyle przy telewizorze? Przecież to więcej niż mecz...

Możemy wzdychać, że to kolejny maraton, ale miejmy też świadomość, że 100 minut dla ośmiu osób to, po odliczeniu czasu na pytania, oznacza, że każdy uczestnik będzie miał około 10 minut. Będzie miał 10 minut na to, żeby się zaprezentować publiczności, często ze świadomością, że te krótkie momenty mogą zadecydować nie tylko o jego politycznym być albo nie być, ale i być albo nie być tysięcy ludzi.

I teraz pytanie: jak je wykorzystać? Być poważnym, skrupulatnym? Żeby pokazać - o, poważny zawodnik, godzien zaufania! Owszem, można tak. Ale przecież będzie debatować ósemka. Więc warto ryzykować, że zginie się w tłumie? Przecież jedna z pierwszych zasad biznesu brzmi - "wyróżniaj się albo giń!" Więc jak to zbalansować, żeby się wyróżnić, nie zanudzić, nie ośmieszyć... Uff!

Reklama

Amerykanie mówią, że człowiek cały czas pracuje, żeby być gotowy na swoje pięć minut. No to każdy uczestnik tej debaty ma dwa razy więcej... Oczywiście, w 10 minut trudno powiedzieć coś porywającego, trudno zmienić stan polskiej duszy (raczej jest to niemożliwe), więc zaproszone osoby będą grały o coś innego, ich cele będą mniejsze.

Zastanówmy się nad nimi, wtedy łatwiej będzie nam debatę oglądać i oceniać, kto ile punktów w niej wygrał.

Zacznijmy od premier Ewy Kopacz - dla niej te debaty (wczorajsza i dzisiejsza) to gra o wszystko. Jeżeli Platforma spadnie w tych wyborach poniżej 20 proc., to po Ewie. Jeżeli będzie miała przyzwoity wynik, to zachowa i szefostwo w partii, i, być może, ster szefa rządu. Więc gra o całą pulę, a łatwo mieć nie będzie, gdyż każdy z siódemki pozostałych rozmówców będzie na nią dybał, będzie chciał Platformie i jej szefowej dołożyć.

I jedyna jej nadzieja, że dyskutanci przesadzą, że sami się ośmieszą. A nadzieje pozostałe? Pisałem już o tym parokrotnie - to nie Beata Szydło jest dziś głównym rywalem Ewy Kopacz, lecz politycy "łowiący" w podobnym elektoracie - Barbara Nowacka i Ryszard Petru. No i Grzegorza Schetyna, który już się zgłosił jako przyszły jej następca. To ich Ewa Kopacz będzie chciała upolować. Czy jej się uda?

Jeżeli jesteśmy przy Nowackiej, to parę słów o niej. Też gra o wielką stawkę. Po pierwsze, o przywództwo na lewicy. Bo jeżeli jej Zjednoczona wypadnie dobrze w wyborach - to władza w formacji jest jej. Bo i Lewica na niej dziś stoi. Jej potknięcie, to może być klęska formacji i jej koniec. Po drugie, zakładając, że Nowackiej się uda, że Lewica ma premię za jedność i świeżość, Barbara Nowacka gra (na razie potencjalnie) o przywództwo nad całym elektoratem proeuropejskim na lewo od PiS. Platforma tych wyborców gorszy, oni PO nie wierzą, czasami wręcz Platformą się brzydzą. Nowacka może ich odzyskać. I zostać, tak jak niegdyś Kwaśniewski, liderem tych wyborców.

Ryszard Petru też gra o wszystko. Gdy spadnie poniżej pięcioprocentowego progu, to po nim, Nowoczesna już się nie podniesie. A gdy go przeskoczy, to wtedy będzie kolejny bój, o wyrwanie Ewie Kopacz prawdziwych liberałów.

Janusz Piechociński - spokój maluje się na jego twarzy, ale to spokój pozorny. Niech no tylko PSL nie dostanie się do Sejmu, to po nim. Gdy nie zrobi rządu, to też po nim. Więc musi walczyć - o władzę nad tymi wszystkimi agencjami, spółkami i tak dalej. Bo rząd żywi.

Adrian Zandberg - on startuje z pozycji outsidera, nikt nie ma wielkich co do niego oczekiwań, więc wynik debaty najmniej go boli. Ważne, żeby się pokazać, żeby zabłysnąć. A jakby udało się zdobyć 3 proc. poparcia - to ma święto lasu i kasę ze skarbu państwa. I przyszłość przed sobą. Więc ma w zasadzie jednego wroga - Barbarę Nowacką, to ją musi kopać po kostkach.

Janusz Korwin-Mikke - to kolejny zawodnik, który nie musi o nic walczyć, on ma swoją pensję w europarlamencie, swoje działki w Józefowie, które może sprzedawać, i tę gromadkę zwolenników. Jak przegra - to nic się nie stanie, bo przegrywa prawie zawsze. Jak wygra - święto lasu i jest zabawa.

Paweł Kukiz - on też trochę jak Korwin-Mikke - może wygrać, ale nie musi. W zasadzie trudno mi określić, o co gra, bo opowiada tylko o JOW-ach, a to nierealne, tego nie przeprowadzi. Więc woła "halo, tu jestem!". Ale po co? Żeby być przeciw, a nawet za? Więc będzie walił w Kopacz, w Nowacką, ale tak naprawdę walczył będzie z Szydło.  O wyborcę młodego, prawicowego i niezadowolonego.

Na koniec - Beata Szydło. Ona ma luz, nie od wyniku debaty jej pozycja zależy, ale od Jarosława Kaczyńskiego. Gdy on wskaże na nią - ona premierem będzie. Zresztą zaraz po ukonstytuowaniu się nowego Sejmu prezydent Duda na premiera ją powoła. Ale to nie znaczy, że ma pełen spokój, że wszystko jest już poza nią. Ona też walczy - o to, czy PiS będzie rządził samodzielnie, czy też będzie musiał szukać koalicjanta.  Więc będzie chciała podtopić Kukiza, ale zawsze mając w głowie to, że ostatecznie  może jego posłów zabraknąć, by skleić koalicję. I tak źle, i tak niedobrze.

Więc baczmy dobrze, kto jak swój scenariusz gra.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje