Reklama

Reklama

​Coś z Dostojewskiego

Jakiś czas temu przysłuchiwałem się dyskusji, jak postrzegani są przez innych Polacy? Szybko to zresztą zeszło na Dostojewskiego, który obsadza naszych rodaków w najpodlejszych rolach. Różnie to się tłumaczy. Jedni twierdzą, że z powodów kompleksów, inni, że miał podczas zsyłki złe z Polakami doświadczenia. Jeszcze inni, że w ten sposób chce zarysować zasadniczy spór - szlachetny Rosjanin z czystą duszą kontra reprezentujący świat łaciński, zachodni, wiarołomni Polacy.

Nie chcę wnikać, która z tych teorii jest najbliższa prawdzie, bardziej interesuje mnie odpowiedź na inne pytanie: w jakim stopniu obraz Polaków nakreślony przez Dostojewskiego jest prawdziwy?

Reklama

Charakterystyczna jest scena z "Braci Karamazow", która rozgrywa się w Mokrym, występują tam dwaj Polacy, panowie Musiałowicz i Wróblewski. Przemawiają oni językiem pełnym patosu - honor, godność, ojczyzna, Rosja w granicach z 1772 roku - a przy bliższym poznaniu okazują się szulerami, oszustami, nawet kaleczą specjalnie język rosyjski, żeby wypaść lepiej, a jeden z nich chce za pieniądze odstąpić swoją kochankę.

Jerzy Stempowski, wielki krytyk literacki, zmarły w roku 1969, w swym eseju "Polacy w powieściach Dostojewskiego" pisze, że "zbudowani są (oni) z dwu przeciwstawiających się sobie części. Jedna z nich składa się z drażliwego poczucia miłości własnej i honoru, nieco formalnej troski patriotycznej, mistycznej wiary w swą wartość, namaszczenia i przywiązania do uroczystych form bycia. Druga składa się ze zręczności rzezimieszków chwytających każdą okazję, z zupełnego braku skrupułów i ambicji. (...) Te dwie na pozór niemożliwe do pomieszczenia wewnątrz jednej postaci, grupy rysów połączone są ze sobą i jak gdyby wytłumaczone brakiem odczucia rzeczywistości, samokrytycyzmu".

Mamy więc to co na wierzchu, na pokaz, czyli fałszywą samoprezentację, fałszywe cierpiętnictwo, mocno egzaltowane, a z drugiej - to co w środku - czyli zwykłe geszefciarstwo.

*

Ten Dostojewski i jego przenikliwe spojrzenie przypomniały mi się, gdy odpaliłem komputer i portale informacyjne.

Oto Polska nie zawetowała budżetu Unii i Funduszu Odbudowy, choć wcześniej jej ważni przedstawiciele krzyczeli, że Unia nas szantażuje, zwłaszcza Niemcy, i że patriotycznym obowiązkiem jest weto.

Polska groziła wetem, bo nie podobał jej się mechanizm "pieniądze za praworządność", nawiasem mówiąc, już zresztą wcześniej przez Unię przyjęty. To było szaleństwo - po to, żeby robić co się chce z sądami, Kaczyński był gotów zaryzykować miliardy z Unii. A że tak było - mówił o tym Jarosław Gowin ("Wszystko wskazuje na to, że Jarosław Kaczyński niemal do ostatniej chwili serio rozważał opcję weta").

A dlaczego się wycofał?

Czy dlatego, że Unia już przygotowała nowy projekt Funduszu Odbudowy, bez Polski i Węgier? Więc mogliśmy sobie wetować, ile chcemy? Być może, choć Gowin wskazuje na inną motywację.    

Otóż weto prowadziłoby do przedterminowych wyborów. A one skończyłyby się odsunięciem prawicy od władzy. ("Przedterminowe wybory nie leżą w interesie żadnej z trzech partii koalicji. Sondaże są jednoznaczne. Teraz prawica niemal na pewno zostałaby odsunięta od władzy" - to jego słowa).

Tak oto koryciarstwo zwyciężyło.

W tym samym czasie odbywało się posiedzenie partii Solidarna Polska, czyli ziobrystów. Oni przed szczytem Unii najwięcej opowiadali o obronie zagrożonej ojczyzny i gardłowali za wetem. "Weto albo śmierć" - pisał na twitterze Janusz Kowalski, podobno ktoś ważny w tej partii.  

"Decyzja o przyjęciu rozporządzenia w pakiecie budżetowym bez prawnie wiążących zabezpieczeń jest błędem" - takie były, po szczycie UE, słowa Zbigniewa Ziobro. A jeden z jego zastępców Michał Woś mówił: "Zgodziliśmy się na świstek deklaracji politycznych, na kawałek papieru".

Ziobryści rozdarli więc szaty, ba!, niemal pożegnali niepodległość Polski. I odgrażali się, że tej "zdrady" Morawieckiemu nie wybaczą. Po czym zdecydowali, że w koalicji zostają. I z żadnego stanowiska, czy to w rządzie czy w spółce skarbu państwa, nie zrezygnują.

Dulce et decorum est pro patria mori. Słodko i zaszczytnie jest umrzeć za ojczyznę. To słowa Horacego. Uaktualnijmy je - jeszcze bardziej słodko i przyjemnie jest za ojczyznę kasować co miesiąc.

*

Ta pusta emfaza wciąż się powtarza. Nadęte słowa i zupełnie inna rzeczywistość.

"10 grudnia będzie jedną z ważniejszych dat w naszej dyplomacji, bo Polska okazała się skuteczna w budowaniu sojuszy i przekonywaniu do dobrych rozwiązań" - wyczytałem kolejne samochwalstwa premiera Morawieckiego. Choć wszyscy widzieli, że Polska znów była w Unii sama (Orban się nie liczy, grał swoje).

A przecież mechanizm "pieniądze za praworządność" uzgadniany był od wielu miesięcy. Jawnie, tajemnicy żadnej tu nie było, wiadomo było kto nad tym pracuje. I okazało się, że polska dyplomacja nie potrafiła tych prac zatrzymać, czy choćby zmodyfikować ich efekt końcowy. Nikogo nie przeciągnęła na swoją stronę. Skuteczność - zero. To jest niesamowicie smutne, bo abstrahując od oceny mechanizmu "pieniądze za praworządność", czarno na białym mamy pokazane jacy dyletanci zajmują się dziś w rządzie sprawami Unii. I że nie potrafią czegokolwiek załatwić. Można więc zakładać, że w innych sprawach, są równie nieudaczni.

PS.

Jeżeli jesteśmy przy premierze... Otóż, przy okazji wspominania rocznicy stanu wojennego, złożył on kwiaty na grobie Grzegorza Przemyka. 

Bardzo dobrze. Szkoda tylko, że tak wiele myli. Grzegorz Przemyk nie był ofiarą stanu wojennego, który był wtedy już zawieszony. Był ofiarą prymitywnych milicjantów. Ich przekonania, że mogą stłuc chłopaka, którego zachowanie im się nie podobało, ich przekonania  (słusznego, niestety), że są bezkarni, ich sadystycznych odruchów.

Więc jeżeli wspominamy śmierć Grzegorza, to wolałbym, żeby kwiaty na jego grobie złożył Komendant Główny Policji. Ja wiem, że policja nie poczuwa się do związków z MO, ale w tych samych komisariatach służy, i podobne cechy zaczyna pokazywać. Te połamane ręce, szarpanie się z kilkunastoletnią młodzieżą, wywożenie na dołek, nie budzą dobrych skojarzeń. Warto więc policjantom przypominać, gdzie leży granica, po przekroczeniu której może być bardzo źle.  

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama