Reklama

Reklama

Bronisław Komorowski straszy wyborców

Bronisław Komorowski ogłosił swoje hasło wyborcze - zgoda i bezpieczeństwo. No to już zacząłem się bać.

Hasło jest w kampanii wyborczej niczym chorągiew dowódcy, na którą wojsko ma się orientować. To słowa-klucze, które mają być leitmotivem kandydata. A w tym przypadku oznaczają one jedno - motywem przewodnim kampanii Komorowskiego jest straszenie. Dwojako.

Po pierwsze, straszy nas PiS-em. Bo gdy mówi "zgoda", to widzimy jego głównych rywali, zwłaszcza Kaczyńskiego, Macierewicza, Ziobrę, panią Pawłowicz, i już sobie wyobrażamy awantury, które byłyby ich udziałem.

To straszenie PiS-em ma jednak pewne wady. Otóż, mogę zgodzić się z tezą, że Bronisław Komorowski ma spokojne usposobienie, ale też nie zauważyłem, by podczas swej kadencji był siewcą jakiejś szczególnej zgody. No, chyba że wystarcza mu, że jest zgoda między nim a Ewą Kopacz, między Stefanem Niesiołowskim a Bartoszem Arłukowiczem, między Michałem Kamińskim a Tomaszem Nałęczem i tak dalej. Czyli wewnątrz rządzącego establishmentu. Owszem, oni trzymają się razem i sprawiają wrażenie zadowolonej z siebie, wspierającej się wzajemnie, ekipy. Ale jeżeli ktoś jest spoza, to raczej nie zasłuży na dobre słowo.

Reklama

Doświadczyli tego niedawno walczący o miejsca pracy górnicy, których odprawił lekką ręką, doświadczyli lekarze. Doświadcza lewica. We wszystkich ważnych sporach, które miały miejsce w ostatnich pięciu latach, prezydent Komorowski albo milczał, albo był po stronie rządu, po stronie prawicowej.

Nie ma więc czym się chwalić, bo to, że ktoś jest mniej kłótliwy od PiS-u nie oznacza, że ma do wszystkich wyciągniętą rękę na zgodę. Tak więc, wołając "zgoda" Komorowski straszy nas wrogiem wewnętrznym, czyli PiS-em. Natomiast wołając "bezpieczeństwo" - wrogiem zewnętrznym. Rosją!

To już trwa. Bronkowcy - czy ci z rządu, czy z mediów - prześcigają się w straszeniu nas ruskimi i ich zohydzaniu. Wicepremier, minister obrony Tomasz Siemoniak właśnie ogłasza, że w kwietniu Rosjanie mogą zaatakować Ukrainę. Że może być inwazja. Grzegorz Schetyna, analfabeta w świecie dyplomacji, cieszy się, gdy powie coś, co Rosjan obrazi. Na tym, jego zdaniem, polega polityka zagraniczna.

Zbigniew Bujak, człowiek spoza rządu, ale na pewno z obozu popierającego urzędującego prezydenta, woła, żeby wysłać polskich żołnierzy na Ukrainę. Posłuchajmy też sympatyzujących z obozem rządzącym dziennikarzy, jakie wizje roztaczają. Jak wzywają do czujności. Jak tropią nieprawomyślnych, tych wątpiących i mało patriotycznych.

Jakie wielkie halo było, gdy Janusz Piechociński powiedział, że ukraińskie elity są marne. Zaraz go pouczono, że nie powinien tego mówić, bo to służy Rosji... To co, miał mówić, że są świetne? Za chwilę nie będzie można nic uszczypliwego powiedzieć o prezydencie czy pani premier, bo też będą wołać, że to służy Putinowi...  

To całe towarzystwo straszy nas jak nakręcone. Wojna, wróg u bram! Patriotycznie szantażuje. Patrzę na tę wojenną histerię z niesmakiem. Widzę w niej zamysł władzy, by nastrój zagrożenia wykorzystać w tych dwóch kampaniach wyborczych, które w tym roku się odbędą. Widzę grę.

Po pierwsze, ma ona wytrącić z rąk Kaczyńskiego argument, że to PiS-owcy są najbardziej antyrosyjscy i niezłomni. PiS, gdy nie może straszyć Rosją, bo ktoś ich w tym przelicytował, traci połowę swoich kłów, mamrocze coś niemrawo. Jest jak facet, który napadł na bank, ale zapomniał pistoletu.

Po drugie, powszechnie wiadomo, że w momencie zagrożenia ludzie skupiają się wokół władzy. Nastrój wojny wymusza jedność, dyscyplinę. Brak wątpliwości. W czasie wojny jest jeden wódz, i nie ma zbędnego gadania. Nastrój wojenny uratował już wiele chylących się reżimów. Więc, jest taka nadzieja, uratuje i Platformę.

Po trzecie, to już w Polsce zagrało! To straszenie... Tę metodę wypróbował Donald Tusk, dramatycznie pytając się przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, czy nasze dzieci pójdą 1 września do szkoły?  Poszły! Ale co zamieszał, i ile głosów dla PO uzyskał, to jego.

Po czwarte, argumenty na tacy podaje sam Putin, miotając się jak raniony niedźwiedź.

Bronisław Komorowski ma więc wystarczająco dużo poważnych przesłanek, by straszyć nas wojną, by podkręcać atmosferę. By grzać emocje. Rozumiem go, ale nie pochwalam. Gorszy mnie to. Nie podoba mi się, że politycy traktują obywateli jak przygłupów, którymi można manipulować, których można straszyć i szczuć przeciwko innym.

Nie podoba mi się samo podkręcanie atmosfery - nastrój histerii nie służy racjonalnym decyzjom. A polskie życie publiczne właśnie racjonalności potrzebuje przede wszystkim. Spokojnego namysłu, bilansu zysków i strat.

To nie ma nic wspólnego z uleganiem Moskwie czy wybielaniem Putina. Wręcz przeciwnie - jeśli chcemy pilnować naszych interesów i nie dać się Rosji, musimy zachować zimne głowy. Bo to nie jest mecz piłkarski ani rozgrywka dla egzaltowanych licealistów.

Więc owszem, można sobie opowiadać, jak Putin chce najechać Europę, a na razie zamawia sobie egzekucję Niemcowa, akurat pod murami Kremla, pewnie żeby z okna gabinetu móc sobie na to popatrzeć. Można tak gadać, tylko nie posuwa nas to do przodu. Nie rozjaśnia sprawy, tylko ją zaciemnia (domyślam się, że celowo). 

Więcej światła! Panie i panowie! W ciemnościach byle myszka urasta do rangi tygrysa. Gdy świeci światło, wyraźnie widać jej rozmiary.

Robert Walenciak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy