Reklama

Reklama

Weto albo szpagat

Nawet jeśli prezydent Andrzej Duda zawetuje - oby! - ustawę uderzającą w stację TVN i wolność słowa, nie przekreśli to złych intencji władzy, ani nie wymaże jej dotychczasowych antydemokratycznych decyzji. Zwłaszcza że dwa weta sprzed kilku lat okazały się tylko taktycznym posunięciem, które spacyfikowało protesty, ale wcale nie uratowało Sądu Najwyższego przed brutalną ingerencją polityczną.

Polska po hipotetycznym skasowaniu krytykowanej ustawy, jak mówi socjolog dr Robert Sobiech, i tak pozostanie krajem wysokiego ryzyka dla zachodnich przedsiębiorców, którzy sto razy się zastanowią, nim zechcą przyjechać do nas w interesach. A Jarosław Kaczyński, który rządzi poprzez wzniecanie chaosu i niepokojów, nie zrezygnuje ze swojego rewolucyjnego planu przeorania polskiej świadomości. Wyrafinowana gra pozorów należy bowiem do arsenału perwersyjnego populizmu czasów współczesnych.

Z ewentualnym wetem prezydenta wielu wiąże rozmaite nadzieje, na przykład wróżąc głowie państwa otwartą drogę do międzynarodowej kariery po zakończeniu kadencji. Ale niewielu pamięta, że to dzięki decyzjom Andrzeja Dudy w polskim systemie sądowniczym pojawili się dublerzy, a Trybunał Konstytucyjny został w sposób bezprecedensowy obezwładniony przez partię rządzącą. Dalekosiężne skutki tych świadomych aktów politycznych nie znikną.

Reklama

Nie da się jedną decyzją - zwłaszcza jeśli byłaby, jak mówił kiedyś sam prezydent, "w obcych językach" wymuszona przez amerykańską administrację - jednocześnie rozwiązać problemu wojny, jaką władza wypowiedziała Unii Europejskiej, Trybunałowi Sprawiedliwości, niezależnym sędziom, demokratycznym instytucjom itd. Chyba że za nią poszłyby kolejne, choćby likwidacja Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego i przywrócenie do orzekania odsuniętych sędziów, co byłoby wykonaniem wyroku TSUE. Ale to wymagałoby "kapitulacji" władzy, na co się wcale nie zanosi, choć wobec pandemii i drożyzny pozostaje bezradna, więc teoretycznie czas jej sprawczości minął.

Sprzeciw prezydenta - o ile nie byłby wynikiem negocjacji politycznych i ustaleń z Jarosławem Kaczyńskim na przykład w sprawach personalnych, ale samodzielną decyzją - mógłby mieć walor emancypacyjny, jednak w żadnym stopniu nie mógłby się równać rozgrzeszeniu postępków władzy. Gdyby tak się stało i media liberalne w swojej nierzadkiej egzaltacji znalazłyby nowego bohatera, oznaczałoby to, że ich wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się łaskawość autokracji. W tym sensie cały protest zostałby sprowadzony do interesów jednej stacji, a nie szerszej idei obrony niezależność i różnorodności mediów prywatnych przed nieustającymi zakusami władzy politycznej.

Nie da się przy okazji ostatnich wydarzeń nie zauważyć, że nawet najtwardsi symetryści - a więc ci uczestnicy debaty publicznej, którzy chcą trzymać równy dystans do prawa i bezprawia, do demokracji i autokracji - przystąpili do protestu z prawdziwym żarem, jakiego wcześniej nie byli w stanie w sobie wzniecić. Jakby zupełnie zapomnieli, że niedrukowanie wyroku Trybunału Konstytucyjnego przez Beatę Szydło nazywali sporem prawnym, a zarządzanie reasumpcji przez Stanisława Piotrowicza nie było dla nich dzwonkiem alarmowym.

Można więc przypuszczać, że gdy kurz opadnie, wrócą do swojej, może nieco niewygodnej, ale za to bezpiecznej postawy szpagatu rozwartego. Trawestując słowa poety, bunt im się nie ustateczni, skoro swoją naiwnością i krótkowzrocznością od pierwszego dnia legitymizowali budowę Budapesztu w Warszawie.

A co, jeśli prezydent ustawę podpisze lub odeśle ją - gotową do użycia w dogodnej chwili - do Julii Przyłębskiej? Nic. Będzie tak samo, tylko bardziej. Co najmniej do wyborów.

Przemysław Szubartowicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje