Reklama

Reklama

​Triumf bzdury

W Polsce piana polityczna ekscytuje, a realna polityka i prawdziwe problemy nudzą. Lepiej sprzedaje się brytyjska przygoda ultraprawicowego celebryty, niż dramat humanitarny i krzywda dzieci na granicy polsko-białoruskiej. Łatwiej skrytykować lidera opozycji za literacką trawestację, niż rozliczać władzę za piorunujący nepotyzm. Wydarzeniem staje się urodzinowa bibka, a nie galopująca inflacja, odpływanie od Europy, zapaść moralna władzy. Przyjemniej jest żyć złudzeniem, że od sześciu lat nic złego się nie dzieje, niż zdać sobie sprawę, że jesteśmy w epicentrum starcia o fundamentalne wartości ustrojowe, cywilizacyjne, mentalne.

Tymczasem kiedy Donald Tusk w internetowym komentarzu trafnie posłużył się literacką stylizacją i nawiązał do "Folwarku zwierzęcego", spadła na niego lawina krytyki ze strony dziennikarzy, których smak został zepsuty, jakby byli prozatorskimi analfabetami i nie rozumieli ani George'a Orwella, ani jego przesłania, ani kontekstu. A chodziło o kompromitującą konferencję konstytucyjnych ministrów, podczas której pokazano obsceniczne zdjęcie mające zohydzać (wszystkich) uchodźców i przykryć opisaną w mediach skalę partyjnego kolesiostwa w spółkach Skarbu Państwa. Znów okazało się, że gdy władza wymachuje maczugą, jajogłowi trzęsą portkami.

Reklama

Jednocześnie, kiedy Wielka Brytania zawróciła z granicy opiniodawcę, który w odniesieniu do (niektórych) Żydów pisał o "głupich parchach", wielu szanowanych żurnalistów stanęło w obronie prawa do głoszenia poglądów, których sami nie podzielają, zapominając, że antysemityzm, ksenofobia, szowinizm, nienawiść to nie są poglądy, tylko co najwyżej namiętności. W kraju, w którym teoretycznie inteligencka warstwa powieściowe metafory uznaje za niesmaczny eksces, a prawdziwy niesmaczny eksces za sprawę godną obrony, żadna poważna debata nie będzie wkrótce możliwa. Zwycięży kolejny miraż o jakimś nietykalnym etosie.

W bańce informacyjnej, na wirtualnych polach bitew, decydują się losy urojonych problemów, które - zanim kurz opadnie - są zapominane, zastępowane innymi, wszelki ślad po nich ginie. Tymczasem realny świat społeczny i polityczny ugina się pod naporem kryzysów, afer i wyzwań, których wagi publiczność nawet nie przeczuwa, bo albo zobojętniała, albo karmiona jest medialną papką, albo czeka, aż opozycja uwierzy w to, co sama głosi. Nawiasem mówiąc, pośród pytań stawianych opozycji, a szczególnie jej pomniejszym przywódcom, właśnie to o wiarygodność wydaje się dziś najważniejsze.

Jeszcze zanim okazało się, że prawie 30 proc. Polaków uważa, że niekwestionowanym liderem opozycji jest szef Platformy Obywatelskiej, przedstawiciele mniejszych formacji uznali, że mają ważniejsze sprawy, niż skuteczne wygranie z autokracją. Zarówno Szymon Hołownia, który tak pięknie płakał nad łamaną konstytucją, jak i Władysław Kosiniak-Kamysz, który retorycznie jest zawołanym antypisowcem, choć deklaratywnie mniej, kąśliwie dystansują się od największej partii opozycyjnej, kwestionują konieczność konsolidacji opozycji, ale głównie raczą wyborców zgraną śpiewką o duopolu (choć istnieje tylko monopol PiS), na której przejechał się Robert Biedroń i jego właśnie połykana przez Włodzimierza Czarzastego Wiosna.

Z kolei politycy Nowej Lewicy, targanej wewnętrznym rozłamem, choć rozłamowcy podobno na razie zeszli do podziemia, najgłośniej zaatakowali racjonalną propozycję Tuska, by do konstytucji wprowadzić zapis, który zablokowałby możliwość szybkiego polexitu. Ci, którzy chętnie w ukryciu siadali do stołu z władzą w sprawie Funduszu Odbudowy, dziś są największymi wrogami argumentu o nadzwyczajnych przesłankach ponadpartyjnego konsensusu, gdy chodzi o rację stanu. Co z tego, że Tusk wie, jak zaszachować PiS, skoro jego opozycyjni partnerzy chcą głównie szachować Tuska, czym pokazują nieskończoną polityczną niedojrzałość?

W gruncie rzeczy wszystko to jest niepoważne i żałosne, gdy zdamy sobie sprawę, że z jednej strony słyszymy najmocniejsze słowa o strasznej polityce władzy i jej opłakanych konsekwencjach dla Polski, a z drugiej obserwujemy działania, które głównie służą podsycaniu partyjnej wojny po stronie opozycji, eksponowaniu pawich ogonów i pielęgnowaniu samolubstwa. Tak, jakby wcale nie chodziło o pokonanie Jarosława Kaczyńskiego, o którym tyle złego się mówi, tylko o niekończące się dążenie do tego, o wieczne gonienie króliczka, o zaspokajanie się namiastką kilkuprocentowego sukcesu, a nie całym sukcesem.

"Choć król jest nagi, gronostaje zmienia, żebrak ma służącą, a diabeł święcenia" - pisał przed laty nieżyjący już krakowski poeta Piotr Marek (a Maciej Maleńczuk zaśpiewał), którego słowa wciąż dość dobrze opisują klimat naszych ponurych czasów. A jeszcze wcześniej w tym samym wierszyku, że "idziemy za bzdurą, przed nami epoka"... Przykro pisać, jaka.

Przemysław Szubartowicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy