Reklama

Reklama

Przyszłość

Adam Glapiński zapowiadał, że po wakacjach inflacja zacznie się zmniejszać, tymczasem rośnie. Najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego - wzrost do niemal 18 proc. - trwożą, ale przynajmniej na razie nie będą miały istotnego wpływu na sytuację polityczną w Polsce.

Krzywa wzrostu drożyzny odzwierciedla przewidywania ekonomistów, którzy nie mają złudzeń, że dopóki nie dokona się wywołana wojną Putina transformacja energetyczna w Europie, sytuacja nie ulegnie znaczącej poprawie, a inflacja może przekroczyć nawet granicę 20 proc. Jednocześnie opinia publiczna ogranicza się do werbalizacji oburzenia i niepokojów, ale - wbrew przewidywaniom socjologów i politologów - nie przekłada się to na rewolucję w partyjnych preferencjach, zwłaszcza że wielu Polaków rezygnuje z wysokich wymagań i np. wyraża zadowolenie z groszowych obniżek cen paliw. Są więc sondażowe drgania, którym wciąż daleko do tąpnięcia.

Reklama

Polacy w zastygającej lawie

Lwy salonowe polskiej polityki i szermierze opozycyjnej publicystyki niemal po każdym sondażu - zwłaszcza nieco korzystniejszym dla opozycji - ogłaszają koniec PiS-u, a przeświadczenie, że drożyzna wyręczy polityków, wciąż jest chętnie eksploatowanym argumentem, szczególnie gdy publikowane są nowe dane. A jednak wydaje się, że polskie społeczeństwo zamarło w uśpieniu. Albo w wyczekiwaniu. 

Nie tylko inflacja, ale także kwestie związane z praworządnością, popsute relacje z Unią Europejską, zdewastowanie kompromisu aborcyjnego, nieudana (choć głośna) próba zabetonowania swoich ludzi w państwowych spółkach na wypadek przegranej, mniejsze lub większe afery władzy nie miały trwałego wpływu na polityczne nastroje Polaków. Tkwimy w zastygającej lawie, a najbliższe wybory będą tak naprawdę ostatnim akordem polityki, jaką znamy od trzech dekad.

Mocne jeszcze kilka miesięcy temu, wręcz niewzruszone przeświadczenie o ostatecznym starciu dwóch nienaruszalnych wielkich wizji Polski - reprezentowanych przez Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska - powoli ustępuje przeczuciu, że powyborcza przyszłość napotka na konieczność zupełnie nowych wyzwań. Już nie PiS i anty-PiS, już nie Polska antyeuropejska i Polska proeuropejska, już nie tradycja i nowoczesność będą wpływać na emocje tamtego czasu. A z pewnością nie tylko. 

Bez względu na to, kto będzie wówczas rządził, stanie twarzą w twarz ze światem rozpadających się więzi społecznych, dekadencją nastrojów, rozchwianą geopolityką i gospodarką, wyzwaniami klimatycznymi o nieznanej dotychczas skali, biedą, która przyjdzie szukać ratunku w Europie. I będzie musiał znaleźć na to sensowną odpowiedź.

Raj dla populistów

Mentalną kondycję świata, do którego zmierzamy wraz z całą polską i światową polityką, dość dobrze w wywiadzie dla tygodnika "Wprost" opisał psychoterapeuta i psychoanalityk Paweł Droździak. Zapytany o nową modę na jedzenie czerwonych muchomorów zwrócił uwagę na rosnącą w siłę szerszą ideę "zaprzeczania wszystkim twierdzeniom konsensualnym". Jak mówi: 

"Czyli na twierdzenie, że człowiek ma dwie płci, pojawia się pytanie: 'A dlaczego nie więcej, np. sześć?'. Albo zdanie: 'Człowiek musi jeść' jest kontrowane propozycją głodowania jako leczenia. Więcej nawet, niektórzy twierdzą, że wcale nie trzeba jeść. Próbuje się rozmontowywać pojęcie kobiecej urody i wszelkie kanony z tym związane. Zaczynają pojawiać się ludzie kwestionujący konieczność chodzenia do dentysty. Podważa się związek między pracą i płacą, zaprzecza się temu, że celem szkoły jest uczenie, mówi się, że człowiek nie wylądował na Księżycu, Ziemia jest płaska, szczepionki zabijają, a za wojnę odpowiada Polska, która w 2016 chciała napaść na Białoruś". 

Tak właśnie na naszych oczach upada świat symboliczny. Zastępowany jest światem wyobrażonym, którym nie rządzi już żadna reguła. Raj dla populistów.

Ostateczny triumf autokracji?

Może właśnie dlatego staroświecki program posklejania połamanej konstytucji, rozliczeń czy odbudowy dyplomacji już dziś ma swoje ograniczenia, ponieważ jego realizacja będzie wymagała posiadania przytłaczającej większości w parlamencie, zdolnej do odrzucania prezydenckiego weta, a być może nawet do zmiany konstytucji. 

Obecna władza, która już dziś czaruje suwerena programami ochronnymi i tarczami, doskonale to wie, więc nawet jeśli boi się przegrać, to zrobi wszystko, by przegrać minimalnie, tym samym czyniąc wszelkie głębokie reformy zapowiadane przez opozycję nierealnymi. A jeśli taki pat nałoży się na gospodarcze i międzynarodowe rozedrganie, będziemy świadkami paroksyzmów, które zakończą się kilka lat później ostatecznym triumfem autokracji nowego typu. Zwycięży przekonanie, że na kłopoty najlepszy jest zamordyzm, który może i dławi wolność, ale przynajmniej wie, czego chce, i pozwala na urojenia.

Dlatego przyszłość po stronie demokratycznej, racjonalnej, liberalnej będzie należała do tego, który jako pierwszy zrozumie, że przeszłości już nie ma. I jako pierwszy przestanie się tego bać.

Przemysław Szubartowicz 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy