Reklama

Reklama

Przyczajone tygrysy, ukryte smoki

Objeżdżający Polskę Jarosław Kaczyński - ostatnio uwodził Śląsk, gdzie towarzyszył mu Mateusz Morawiecki - nie tylko pokazuje, że jest w dobrej formie, skoro jednego dnia potrafi z przedwyborczym zapałem wygłaszać polityczne manifesty w dwóch miastach. Przede wszystkim daje sygnał opozycji - która dość nonszalancko w ostatni weekend odpuściła sobie ofensywę - że musi się przygotować na kampanię, jakiej w Polsce nigdy jeszcze nie było. Brutalną, bezwzględną, z użyciem aparatu partii, państwa i propagandy, bez sekundy wytchnienia. A ponieważ opozycja jest w lesie, wypada zadać jej kilka politycznych pytań.

Oczywiście wygodniej zajmować się kierowanymi pod adresem Donalda Tuska niedwuznacznymi aluzjami prezesa PiS o tym, że nie wiadomo, kto kogo pierwszy wsadzi - chyba że potraktuje się je jako zapowiedź kampanijnych atrakcji w 2023 r. - czy adresowanymi do twardego elektoratu przykrymi dla mniejszości seksualnych koszałkami-opałkami o Władysławie, który o zmierzchu zamienia się w Zosię. 

Ludzie opozycji od rana do wieczora naprzemiennie piętnują lub wyśmiewają słowa Kaczyńskiego, jakby za wszelką cenę chcieli pokazać, że głównym narratorem i mentorem polskiego życia politycznego jest szef partii władzy, a nie ci, którzy do władzy aspirują. Jednocześnie w ten sposób nie doceniają przeciwnika, co rodzi podejrzenie, że wbrew retoryce wcale nie chodzi im o realną władzę, skuteczne jej przejęcie i efektywne rządzenie, lecz o byle jakie przetrwanie.

Reklama

Jednej listy raczej nie będzie

Dziś widać wyraźnie, że Tuskowi raczej nie uda się zbudować jednej listy opozycji, do czego - także ostatnio w liście otwartym podpisanym przez kilkuset sygnatariuszy ze świata kultury, nauki i mediów - środowiska polityczne po tej stronie sceny są namawiane. Nie stanie się tak z różnych powodów, pośród których trzeba wymienić samotniczą naturę szefa PO, brak zbudowanych dobrych relacji z pozostałymi partnerami, ich lęk o zanik tożsamości itp. 

Jednak scenariusz, w którym jedna wielka formacja opozycyjna walczy o dominację i zwycięstwo w klinczu z władzą, a pozostali uczestnicy gry spychani są poniżej progu zainteresowania, jest z punktu widzenia finalnego werdyktu niezwykle niebezpieczny. Takie ryzyko w świecie D'Hondta może okazać się politycznym samobójstwem.

Sama Koalicja Obywatelska, nawet z ponadprzeciętnym wynikiem, nie zdoła pokonać Zjednoczonej Prawicy, a zwłaszcza nie zdoła samotnie zdobyć większości zdolnej do odrzucenia prezydenckiego weta. Jeśli jednak zdecyduje się na taki wariant startu, to czy ma pomysł na to, jak wykorzystać swój największy niewykorzystany atut, jakim jest prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski? Czy ma on pełnić rolę politycznej maskotki w cieniu lidera, ewentualnie kandydata na jakieś stanowisko, czy też sięgnie po status na przykład współprzewodniczącego, który byłby atrakcyjny dla wyborców niekoniecznie rozkochanych w Tusku, a więc zerkających w inną stronę? Czy polityk, który w kampanii prezydenckiej zdobył tak wielki kapitał polityczny i społeczny, sam ma ochotę powalczyć w wielkiej polityce, czy świat samorządu w zupełności mu wystarcza?

Przewaga Trzaskowskiego nad Tuskiem

Takie pytania nie są pozbawione sensu, zwłaszcza że główne ostrze kampanii PiS będzie wymierzone właśnie w Tuska, by nakręcać jego potężny elektorat negatywny, od którego Trzaskowski jest wolny, nie licząc garstki radykalnych aktywistów miejskich i kilku namiętnych pamiętnikarzy awarii oczyszczalni "Czajka". 

Zresztą jako samorządowiec prezydent Warszawy doskonale wie, że wybory parlamentarne w pewnym sensie będą jednocześnie wyborami samorządowymi, które formalnie zostały przesunięte, ale faktycznie wszystko rozstrzygnie się wcześniej. Obie strony - PiS i opozycja - zgodnie przecież podkreślają, że będzie to walka o wszystko, drugi 1989 r., więc jeśli zwycięży koncepcja Budapesztu w Warszawie, to niekoniecznie będzie w niej miejsce na niezależny samorząd i uczciwe wybory. Czy więc samorządowcy włączą się w tę wielką rozgrywkę jako politycy?

Trzecia lista może powalczyć o 20 proc.

A co zrobią Szymon Hołownia i Władysław Kosiniak-Kamysz? Jeśli opozycja pójdzie do wyborów na trzech listach - a wszystko do tego zmierza - zagospodarowanie centrum sceny politycznej może okazać się kluczowe do uzupełnienia samotnej szarży PO. Podczas gdy Tusk wybrał ścieżkę wojny kulturowej, niechętni PiS-owi chadeccy konserwatyści i umiarkowani liberałowie - szukając swojego miejsca w spolaryzowanej kampanii - mogą powalczyć nawet o 20 proc. poparcia. Czy będą w stanie stworzyć mocny blok, dopraszając środowiska krążące w orbicie powściągliwego światopoglądu? Czy będą w stanie zamienić kostiumy niedostępnych mentorów w garnitury pragmatycznych liderów uprawiających realną politykę?

Determinacja Kaczyńskiego i PiS jest obecnie wprost proporcjonalna do wzajemnego braku zaufania pośród przyczajonych tygrysów i ukrytych smoków opozycji. Ale może rzeczywiście jest tak - uczył Stanisław Jerzy Lec - że "dzwon na trwogę musi mieć odważne serce".

Przemysław Szubartowicz 

Reklama

Reklama

Reklama