Reklama

Reklama

Powrót waszmościów

Kiedy politycy PiS coraz brutalniej atakują dziś Zachód i Unię Europejską - żeby zdjąć z siebie winę za blokadę pieniędzy z KPO i wskazać niezbędnego wroga na wybory - pokazują się jako spadkobiercy sarmatyzmu. Mit wielkiej, mężnej, suwerennej Polski - a w istocie dziedzictwo liberum veto, ostentacyjnej dewocji, korupcji, prywaty, rozpasania - która przeciwstawia się zgniliźnie oświeconego mieszczaństwa, odżywa w szeroko komentowanych bajędach prof. Zdzisława Krasnodębskiego o mniejszym zagrożeniu ze strony Moskwy niż Brukseli i w innych strzelistych deklaracjach ideowych władzy. Legendarny "rubaszny czerep waszmościów" - jak metaforycznie nazywała sarmackie aury ikona telewizyjnego kabaretu Olga Lipińska - powrócił i chce rządu dusz.

Kiedy premier Mateusz Morawiecki ogłasza z nonszalancją, że pieniądze z KPO to jakieś niewiele znaczące miliardy, choć jeszcze przed rokiem słyszeliśmy od niego o racji stanu i drugim planie Marshalla, przed oczami stają bezideowe zastępy podgolonych głów, które słowa "prawda", "ojczyzna", "niezależność" odmieniały przez wszystkie przypadki, ale tylko na potrzeby pysznych przechwałek. 

Zakłamanie, fałsz, obłuda - sprzedawane publiczności jako szlachetny styl uprawiania polityki - wracają jak echo wstydliwej przeszłości. W tym kontekście nie brzmią obco słowa marszałka Józefa Piłsudskiego, który w przemowie do legionistów w Kaliszu w 1927 roku nazwał polski Sejm związkiem zawodowym "ludzi chorych na fajdanitis poslinis".

Reklama

Katastrofa na Odrze odsłoniła impotencję państwa

Kiedy Jacek Kuroń przytaczał dość zgrabną definicję demokracji - "nie będziemy rządzeni lepiej, niż na to zasługujemy" - nie przypuszczał pewnie, że sarmackie z ducha eksplozje niekompetencji i amatorszczyzny władzy przy rosnącym przeświadczeniu o jej własnej wielkości będą niemal obojętne dla suwerena. 

Katastrofa ekologiczna na Odrze, która odsłoniła impotencję państwa, nie zepsuła humoru rządzącym, podobnie jak widmo kryzysu energetycznego czy zawieszenie produkcji nawozów i brak dwutlenku węgla. Wszystko, na co ich stać, to spóźniona reakcja, rozmydlanie problemu i zwołane naprędce posiedzenie posłów, którzy już dawno nie prowadzą merytorycznych debat, lecz namiętnie oddają się anarchicznym, bezwstydnym waśniom.

Kiedy przysłuchujemy się pełnym relatywizmu debatom o podręczniku prof. Wojciecha Roszkowskiego do wymyślonego przez władzę przedmiotu, zdajemy sobie sprawę, jak niewiele uwagi poświęca się historycznym konotacjom, które same się narzucają. Znów bowiem Polska  - rządzona przez admiratorów zawartych w rzeczonej książce skandalicznych treści, np. o produkowaniu dzieci w hodowli - ma się pokazać jako kraj, w którym pogłębiającej się ciemnoty nie rozświetla żaden reflektor skierowany w mrok. Tymczasem to już wszystko było, ponieważ sarmacki sznyt polegał także na ciągłym odgradzaniu się od światłej myśli, nowożytnej oświaty, otwartego umysłu, europejskiej mentalności.

Historia powtórzyła się jako farsa

"Cudzoziemskich ksiąg nie czytaj, / Czego nie wiesz - księdza pytaj. / Ucz się siodła, szabli, dzbana, / A poznają w tobie pana (...) // Nalej ojcu, gardło spłucz / Ucz się na Polaka, ucz" - śpiewał Jacek Kaczmarski w piosence "Dobre rady pana ojca" z programu "Sarmatia". 

Choć niewiele zmieniło się od tamtych czasów, może poza kostiumami, dojmujące jest wrażenie, że historia, owszem, powtórzyła się, ale - jak chciał Karol Marks - właśnie jako farsa. Opozycja, która rozpaczliwie próbuje znaleźć klucz do współczesnej Polski i wciąż jej się to nie udaje, powinna poszukać odpowiedzi w przeszłości. Tak się bowiem złożyło - wystarczy się rozejrzeć - że znów aktualne stały się słowa George'a Orwella: "Kto kontroluje przeszłość, ten ma władzę nad przyszłością".

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy