Reklama

Reklama

Polska Tuska czy Polska Kaczyńskiego

​Czy to się komuś podoba, czy nie, od minionego weekendu opozycja ma niekwestionowanego lidera, który zdetronizował dotychczasowych kandydatów na to miejsce, czy też raczej wypełnił pustkę. Aspiracje nowicjuszy muszą ustąpić miejsca doświadczeniu, a kwitnące narcyzmy w okamgnieniu przekwitnąć.

To Donald Tusk od teraz będzie narzucał opozycyjne tematy, wytyczał polityczne szlaki, proponował sposoby na przezwyciężanie impasów, a do tego deklaruje otwartość i szacunek dla opozycyjnych partnerów, których będzie namawiał do współdziałania. Zwłaszcza że ma poważnego przeciwnika, bo to z wizją Polski Jarosława Kaczyńskiego - niekwestionowanego lidera władzy - przyjdzie się obozowi demokratycznemu mierzyć. 

Tusk chwycił brzytwę Ockhama - to wspaniałe narzędzie do upraszczania spraw - i jednym zręcznym ruchem wyciął z politycznego słownika opozycji słówko "ale". Zło jest złem, łamanie konstytucji jest łamaniem konstytucji, skok na państwową kasę jest skokiem na państwową kasę. Nie ma żadnego "ale". Relatywizowanie jest wykluczone, ponieważ nie da się mówić, że wprawdzie praworządność jest zdewastowana, nihilizm króluje, polska władza brata się w Europie z proputinowskim, antyzachodnim nurtem ideowym, ALE za to uruchomiła transfery socjalne, więc można jej ogólną destrukcję (trochę) wybaczyć. Nowy szef Platformy wie, że takie zdefiniowanie opozycyjnego stylu wyostrzy polaryzację i wzmocni duopol, ale wie też, że w czasach autokracji i realnego monopolu PiS innej drogi do zwycięstwa nie ma. Pięknoduchostwo się nie sprawdziło. 

Reklama

Wystąpienie Tuska było przełomowe także dlatego, że być może po raz pierwszy ktoś z takim autorytetem politycznym po stronie demokratycznej i obyciem europejskim tak otwarcie wystąpił przeciwko zjawisku tzw. symetryzmu, który w ostatnich latach zdominował i zupełnie wypaczył debatę publiczną. Symetryzm relatywizuje zło, stawia na jednej szali zajadanie się ośmiorniczkami i niszczenie trójpodziału władzy, chce mieć równy dystans do gwałciciela i gwałconej (np. konstytucji). W tym sensie jest nieuczciwością intelektualną, która z sobie tylko znanych powodów woli udawać, że po 2015 roku zmieniły się tylko i wyłącznie barwy polityczne, ale nie paradygmat, więc do opisywania rzeczywistości można używać tych samych pojęć. Tymczasem nie trzeba wprawnego oka, by zobaczyć - a nie kryje tego sam Jarosław Kaczyński - że w Polsce dokonuje się radykalny zwrot i próba zmiany ustroju. 

Lider władzy, który - inaczej niż lider opozycji - w ostatni weekend oddzielił się szczelnie od mediów, wspomniał w swoim wystąpieniu o "niejakim panu Tusku", ale w kontekście jego pradawnej wypowiedzi o "moherowych beretach", za którą przewodniczący Platformy zresztą przeprosił (czy Kaczyński przeprosił za "gorszy sort"?). Chodziło jednak o to, by podkreślić mniemanie prezesa PiS o godnościowym charakterze przeprowadzanej od sześciu lat zmiany ustrojowej, która na pierwszym miejscu chce widzieć (obdarowany) naród i (silne) państwo, co ma być przeciwwagą dla rzekomej nierówności szans ustroju liberalnego i pochodzącej z Zachodu obyczajowej rewolty. Gdy jednak przyszło do konkretów politycznych, okazało się, że władza wprawdzie uważa nepotyzm we własnych szeregach za przeszkodę na drodze do kolejnego zwycięstwa wyborczego, ale chce z nim walczyć w zasadzie tylko na papierze. 

Kaczyński dobrze wie, że pojawienie się Tuska - jego odwiecznego rywala - sprawia, że PiS realnie będzie miał z kim przegrać, a rewolucji nie uda się dokończyć, choć rządzący oficjalnie lekceważą nową sytuację. Większość sejmowa się chwieje, Nowy Ład - ów projekt, jak mówi prezes PiS, "tysiąclecia" - nie ma już takiej siły społecznego rażenia jak program 500 Plus, wewnętrzne konflikty w obozie władzy narastają, a nowi wyborcy niechętnie zerkają na "wyspę wolności". I choć PiS wciąż dominuje w sondażach, a władza ma za dużo do stracenia, by władzę stracić, to sytuacja wkrótce może się zmienić, zwłaszcza że do wyborów jeszcze trochę czasu. Może się okazać, że planowana reorganizacja wewnętrzna w obozie rządzącym to za mało, a na przykręcenie śruby nie starczy sił (i odwagi). Zwykle jest tak, że jakaś kropla przepełnia czarę. 

Tusk pozwolił sobie na kąśliwe uwagi pod adresem "parodii dyktatury", która jest silna tylko słabością opozycji, przyznał jednak, że samym śmiechem nie da się jej pokonać, ponieważ potrzebna jest także wiara w zwycięstwo. O ile w szeregach własnej partii będzie miał łatwiej, o tyle czeka go arcytrudne zadanie zbudowania takiej konstrukcji na wybory, która nie potknie się ani o ambicje poszczególnych polityków, ani o metodę D'Hondta. Przede wszystkim jednak będzie musiał przekonać partnerów opozycyjnych do tego, że gra nie toczy się o mniejsze lub większe ambicje programowe, które bez odsunięcia PiS od władzy mogą co najwyżej trafić do teczki z napisem "Dobre pomysły", ale o dwie - nie o trzy, cztery czy sześć - ale właśnie o dwie zupełnie inne wizje Polski. Czy np. Hołownia pozwoli stać się Tuskowi symbolem jednej z nich? Zdecydują sondaże. 

Polska Tuska czy Polska Kaczyńskiego? Polska europejskich wartości czy Polska z Le Pen, Salvinim i Orbánem? Polska poszanowania konstytucji czy Polska jej naruszania? Polska racjonalna czy Polska ideologiczna? Polska demokratyczna czy Polska autokratyczna? Innego wyboru nie będzie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL