Reklama

Polska rozklejona

Równo pięć lat temu, 12 grudnia 2017 r., premier Mateusz Morawiecki wygłosił w Sejmie exposé, przejmując rządy od Beaty Szydło. Równo pięć lat temu mówił, że "rząd i premier mają służyć całemu krajowi, całej naszej ojczyźnie", "dla wszystkich starczy miejsca", a "Polska jest jedna". Równo pięć lat temu zwracał się do Polaków: "Sklejmy, zjednoczmy naszą Polskę". A także: "Odbudujmy i sklejmy ją razem". Jeśli poważnie potraktować te słowa - a nie jako efekciarski patos na użytek dostojnej przemowy - to wyraża się w nich zarazem największa porażka premiera i formacji, którą na tym stanowisku reprezentuje. Nie gospodarka, nie niespełnione obietnice, ale właśnie popękana Polska i zrujnowana wspólnota najbardziej obciążają obecne rządy.

Dziś Mateusz Morawiecki, który często towarzyszy Jarosławowi Kaczyńskiemu w przedwyborczym objeździe po kraju, słyszy swojego politycznego lidera, jak mówi (w Chojnicach) pod adresem protestujących przeciw rządom PiS, że "zniszczymy tych ludzi". Słowa te - jakby pochodzące z niesławnej historii - wypowiada lider partii władzy, człowiek, który od siedmiu lat kontroluje państwo i jego instytucje, przywódca znaczącej formacji, która organizuje życie społeczne milionom obywateli, a nie bezkompromisowy komentator (korzystający z wolności prasy), który postanowił zareagować na niewybredne zaczepki.

Reklama

Polska podzielona. "Kaczyński i Tusk korzystają z nienawiści"

Słowa mają znaczenie, szczególnie gdy wypowiada je polityk tej rangi, który - po pierwsze - musi się liczyć z tym, że w demokracji zostanie poddany nawet najbardziej ostrej krytyce, a po wtóre musi mieć świadomość, dlaczego jest jej poddawany. Kaczyński nie oddaje się w tej sprawie autorefleksji, woli "zniszczyć tych ludzi", niż odegrać rolę męża stanu i wypełnić wezwanie Morawieckiego do sklejania Polski.

To prawda, że Kaczyński często obrzucany jest obelgami przez krewkich przeciwników, podobnie jak Donald Tusk, równie znienawidzony polityk, który także posiada pokaźny elektorat negatywny. Ale rolą przywódcy, któremu wydaje się, że stoi za nim moralna racja, nie jest wygrażanie pięścią własnemu narodowi, albo jego części, ale szukanie tego, co da się ocalić ze wspólnoty, bo wszystkich różnic zasypać się przecież nie da.

Gdy Tusk przed laty pozwolił sobie na stwierdzenie, że "Polska nie jest skazana na moherową koalicję", kilka dni później przeprosił za swoje słowa, które zostały uznane za obraźliwe dla elektoratu narodowo-katolickiego, popierającego wówczas rządowe trio Kaczyńskiego, Giertycha i Leppera. Zresztą ówczesne "moherowe berety" brzmią niczym wers z krainy łagodności przy współczesnym "gorszym sorcie", za które to stwierdzenie Kaczyński zresztą nigdy nie przeprosił, choć wielu wyborców liberalnych zostało nim dotkniętych.

Oczywiście każdy, kto sądzi, że dziś Polskę da się zszyć albo że profesjonalna polityka polega na realnym zapobieganiu polaryzacji, a nie na jej wzmacnianiu, jest naiwnym pięknoduchem. Zarówno Kaczyński, jak i Tusk korzystają z wzajemnej nienawiści, a jednak niechęć Kaczyńskiego skierowana jest w różne strony - do opozycji, do społeczności LGBT, do Niemiec, do Brukseli, do "lewactwa" itd. - zaś niechęć Tuska do PiS ma funkcję programu politycznego przyciągającego przeciwników tej konkretnej władzy.

Pięć lat rządów Morawieckiego. "Narodowe pęknięcie"

Ma to i swoje walory (np. pozbawia walkę polityczną nieszczerych miraży), i wymierne ograniczenia (np. szklany sufit albo emigracja wewnętrzna milczącej większości), ale postronnym obserwatorom pokazuje, jak bardzo pokiereszowana jest debata publiczna w Polsce, jak bardzo nic z niej nie wynika i jak daremny jest trud tych, którzy na "trzeciej drodze" chcą zbudować kapitał polityczny. W takich warunkach słowa Morawieckiego o "jednoczeniu naszej Polski" brzmią jak pierwszorzędny popis czarnego humoru, o ile nie jak cyniczna prowokacja.

Dziś można bez końca zastanawiać się, czy narodowe pęknięcie, którego nie da się skleić, zaczęło się po katastrofie smoleńskiej, czy jest efektem rewolucji ustrojowej, z jaką przeszedł do władzy Kaczyński, a może wojna polsko-polska zaczęła się znacznie wcześniej czy też jest naszą cechą strukturalną. Nie ulega jednak wątpliwości, że pozytywny plan dla Polski na przyszłość nie istnieje albo nie jest wystarczająco mocno lub wyraźnie wyartykułowany.

Wojna za wschodnią granicą, niespójność interesów między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi, groźba wielkiej fali migracyjnej, niestabilna gospodarka, katastrofa klimatyczna, która pustoszy spokój zachodniego świata - to nie są tematy, które byłyby obdarowane realnym zainteresowaniem polskiej klasy politycznej, zajętej dzieleniem przedwyborczej skóry na niedźwiedziu.

Kiedyś wydawało się, że Adam Zagajewski wyraził głęboką prawdę o Polsce, pisząc w wierszu, że "naprawdę potrafimy żyć dopiero w klęsce". Dziś okazuje się, że nawet klęska - lub raczej światowe widmo klęski geopolitycznej, moralnej, politycznej, społecznej - nie ma już siły jednoczącej. Wspólnota jest pustym słowem, a władza - wbrew słowom premiera - nie zrobiła nic, by to zmienić.

Przemysław Szubartowicz 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy