Reklama

Parada Hamletów

Podczas gdy rządzący manifestacyjnie pokazują brak jedności, czego doskonałą ilustracją jest nieporozumienie w sprawie europejskich funduszy i kłótnia między Mateuszem Morawieckim, Zbigniewem Ziobrą, Andrzejem Dudą i Jarosławem Kaczyńskim, opozycja wcale nie może pochwalić się lepszą kondycją. Mimo że Donald Tusk dał innym liderom opozycji czas do końca grudnia, by wraz z Platformą zbudowali jedną listę na wybory, nic takiego się nie stało, choć badania pokazują, że takie rozwiązanie daje gwarancję skutecznego zwycięstwa. Czy liderów opozycyjnych stać na ucieczkę do przodu i zmianę stylu uprawiania polityki?

Zlekceważenie słów lidera największej formacji po tej stronie sceny politycznej pokazuje, że jego autorytet nie rozciąga się na całą opozycję. Dodatkowo krytyczni publicyści chętnie wypominają szefowi PO, że ma ogromny elektorat negatywny i w pojedynkę, nawet jeśli zechce grać na osłabienie mniejszych partii, nie zdoła zbudować takiego poparcia, które zepchnie PiS do narożnika. Nie pomoże mu także zapewne rozpoczęcie prac komisji weryfikacyjnej ds. rosyjskich wpływów, którą wymyślono tylko po to, by go medialnie grillować i wspierać propagandowe nagonki. Na początku roku sondaż SW Research (dla "Rzeczpospolitej") pokazał, że Polacy najchętniej widzieliby w fotelu premiera nie Tuska, lecz Rafała Trzaskowskiego.

Reklama

Te wszystkie fakty nie zrażają stronników szefa Platformy, którzy uważają, że najbliższe wybory muszą być starciem dwóch wizji Polski, a więc kluczem jest pogłębianie polaryzacji. Innym jednak każą stawiać pytania o to, czy da się upchać opozycję do jednego worka, skoro już dziś widać, że między liderami nie ma chemii. Władysław Kosiniak-Kamysz mówił w ostatni piątek w Tarnowie, że jest zwolennikiem dwóch list wyborczych, ponieważ rozpiętość światopoglądowa jest zbyt daleko idąca i nie da się pogodzić skrajnej lewicy z chrześcijańską wizją świata. Do budowy dwóch list potrzebna byłaby jednak zgoda Szymona Hołowni, który musiałby poszerzać poparcie swojej partii o wyborców, którym z Tuskiem nie po drodze, a nie stać w niepewnym rozkroku.

Trzaskowski nie dostrzega własnego potencjału?

Opozycyjna układanka jest dziś w rozsypce także dlatego, że liderzy wpadają w pułapkę wyczekiwania na to, co zrobi PiS, jakby sami pozbawiali się podmiotowości, politycznego rozmachu i odrobiny ryzyka. Trzaskowski, który mógłby poszerzyć swoje wpływy w Platformie, porzucić kostium zachowawczego samorządowca, wykorzystać własną popularność, odkopać zakurzone poparcie, jakie zdobył w wyborach prezydenckich, przejść do ofensywy politycznej, zachowuje się tak, jakby nie dostrzegał własnego potencjału. Czekanie na to, aż Tusk sam zorientuje się, że warto skorzystać z pomocy Trzaskowskiego, może skończyć się tym, że dla obu liderów taki spóźniony ruch będzie oznaczał porażkę, a nie szansę na podwyższenie poparcia.

Czy prezydent Warszawy wejdzie do gry? A czy Hołownia będzie umiał zrezygnować z bezpiecznej roli przyjaciela NGO-sów, która daje mu 10 proc. poparcia, i zamienić się w lidera politycznego, który zaryzykuje grę o coś więcej? Czy Tusk pozwoli sobie na to, by poszerzyć pole walki i odnaleźć się pośród niechętnych zjednoczeniu liderów jako ten, który łączy, a nie ten, który dominuje, skoro już dziś widać, że realna polityka rozjeżdża się z dawnymi fantazjami? Z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że w czasie, gdy opozycja będzie pogrążać się w takim hamletyzowaniu, politycy władzy dogadają się między sobą i pieniądze z KPO trafią do Polski. Oni wiedzą, o co toczy się gra.

Dowiedz się więcej na temat: Przemysław Szubartowicz | felieton

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy