Reklama

Reklama

Obojętni, czyli trzecie plemię

Jacek Kuroń uważał, że demokracja to taki ustrój, który gwarantuje nam, że nie będziemy rządzeni lepiej, niż na to zasługujemy. Dziś te słowa brzmią szczególnie boleśnie. Skoro obecna władza boi się wprowadzenia obowiązkowych szczepień dla wszystkich, choć nowy wirus zabiera codziennie w Polsce kilkaset istnień ludzkich, to może chociaż wprowadzi tzw. przymus wyborczy, czyli obowiązek głosowania? Wtedy przekonalibyśmy się, ile tak naprawdę waży głos ludu, na który, także w sprawie pandemii, rządzący tak chętnie się powołują.

To oczywiście pytanie retoryczne, ponieważ odzwyczailiśmy się od odważnych decyzji Jarosława Kaczyńskiego, którego partia, jak powiedział jego dawny kompan polityczny Ludwik Dorn, kieruje się "oportunizmem sondażowym". A jednak sprawa wcale nie jest błaha, ponieważ od sześciu lat uczestniczymy w eksperymencie politycznym, który polega na tym, że demokratycznie wybrana władza łamie demokratyczne standardy i buduje system niedemokratyczny. Używa przy tym demokratycznych instytucji, które zamienia w podległe sobie wydmuszki, a demokratyczne mechanizmy przeistaczają się w zasłony dymne dla niedemokratycznych procedur. Zasadne jest pytanie, dlaczego tak wielu, nie wyłączając oportunistów, nie ma na ten temat zdania i wybiera milczenie.

Reklama

Zobacz też: Beata Szydło czy Elżbieta Witek kandydatką PiS prezydenta? Sondaż

W ostatnich wyborach parlamentarnych w 2019 roku i prezydenckich rok później frekwencja wprawdzie nieco przekroczyła 60 proc. - co nie zdarzyło się w Polsce w ostatnich 20 latach - a w niektórych aktualnych sondażach prognozowana liczba jest podobna (choć bywa niższa), ale wciąż najbardziej wpływową grupą są obojętni, którzy zamykają oczy na losy własnego kraju. "Nie mam na kogo głosować", "nie chce mi się iść na wybory", "mój głos niczego nie zmieni" - to tylko niektóre hasła z ich nieformalnego manifestu. Wielu badaczy podejrzewa, że to dzięki takim postawom, dzięki obywatelskiemu zaniechaniu autokracja może bez większych przeszkód kwitnąć, a nieokiełznany populizm, który mami gwiazdką z nieba, rozkochuje w sobie leniwego suwerena.

Niezwykle surowej ocenie poddał emigrantów wewnętrznych, uciekinierów od obywatelskiego obowiązku, od polityki, od spraw publicznych prof. Zbigniew Mikołejko. I wcale nie cytował sławnych słów Peryklesa o tym, że nawet jak nie interesujesz się polityką, to polityka zainteresuje się tobą. Stwierdził natomiast, że błędne jest wyobrażenie o dwóch zwalczających się plemionach - o walce plemienia Polski Kaczyńskiego z plemieniem Polski Tuska, Polski socjalnej i Polski liberalnej, Polski autokratycznej i Polski demokratycznej - ponieważ tak naprawdę są trzy plemiona. To trzecie, powiada znany filozof, to ci, którzy mówią "moja chata z kraja" i którzy stanowią ogromny "zasobnik" ludzi o złych odruchach kulturowych, politycznych i moralnych.

Według Mikołejki to właśnie w tym "polskim podziemiu mentalnym" hasa Kaczyński i z jego zasobów czerpie. Jak mówi: "Rozpoznamy tych osobników po tym, że w sondażach odpowiadają: nie wiem, nie jestem świadomy, nie słyszałem. Są radykalnie partykularni, radykalnie egocentryczni, kierują się swoim własnym interesem, są niczym ławica drobnych, drapieżnych ryb". Czy rzeczywiście taka ocena jest uprawniona, czy wynika tylko z pewnego rodzaju resentymentu polskiej liberalnej inteligencji, która w poczuciu bezradności i pogrążona w słusznym gniewie na oślep szuka kozła ofiarnego? Nawet jeśli szuka, to nie myli się w kwestii obojętności, która zarówno w optyce chrześcijańskiej, praw człowieka, jak i politycznej oraz historycznej myśli świeckiej uznawana jest za współudział w obliczu zła.

Zobacz też: Sondaż: Czy Tusk po stracie prawa jazdy powinien zrezygnować z kierowania Platformą

Kiedy wybitny publicysta i historyk Marian Turski "ustanawiał" jedenaste przykazanie "Nie bądź obojętny", dodawał, że obojętność jest początkiem nienawiści. Odnosił to do największej traumy ludzkości, do realnych konsekwencji faszyzmu, do wojny, której doświadczenia wietrzeją z pamięci współczesnych pokoleń, więc przestają być przestrogą. Jednak obojętność ma także wymiar dzisiejszy i realny, dotyczący konsekwencji łamania konstytucji przez władzę z demokratycznego nadania. Ci, którzy przed sześciu laty z obojętnością patrzyli na obrońców niezależności Trybunału Konstytucyjnego, dziś z przerażeniem konstatują, że dzięki jednej decyzji upolitycznionej już instytucji dewastuje się kompromis aborcyjny i skazuje kobiety na piekło. A to tylko jeden z przykładów.

Hipotetyczne zmuszenie Polaków do udziału w wyborach, siłowe wyrwanie ich z obojętności z pewnością miałoby jeden walor. Nikt nie miałby już żadnych złudzeń, na co tak naprawdę zasługujemy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje