Reklama

Reklama

​Nieład z Ładem

Czy afera z Pegasusem i totalny chaos wywołany przez Polski Ład - a więc dwa największe kryzysy władzy od początku 2015 roku - pogrążą rząd? Jeśli już, to nie szpiegowanie opozycji, ale raczej hucznie zapowiadana reforma podatkowa, która okazała się wizerunkową klęską oraz obnażyła realną niekompetencję jej twórców. A i tak nie ma żadnej pewności, czy do wyborów PiS nie zdoła się odbudować przynajmniej na tyle, by minimalnie, ale jednak wygrać ze skłóconą i nienawidzącą się opozycją. Jarosław Kaczyński na pewno ma plan "B".

Nie piszę tego po to, by studzić rewolucyjne zapały - cyklicznie nawiedzające komentatorów politycznych - które podpowiadają scenariusz zbliżającego się zmierzchu. W końcu doświadczenia historyczne i logika dowodzą, że druga kadencja zwykle jest początkiem końca, a kryzys finansowy, a więc to, co drenuje portfele suwerena, najsilniej wpływa na jego nastroje i wybory polityczne. Tak było za PRL-u, tak jest i teraz. To nie dewastacja systemu sądowniczego, nie wyniesienie kłamstwa na sztandary, nie moralne upadki, nawet nie pycha tego czy innego kacyka, która w młodych demokracjach miewa ogromną moc destrukcyjną, ale podwyżki i ulatniające się pieniądze zwykle doprowadzają do przełomów. Materia ważniejsza niż duch. 

Reklama

Właśnie dlatego Pegasus, zwłaszcza w świecie powszechnej inwigilacji - przez kamery uliczne i przemysłowe, internetowe strony, media społecznościowe itd. - nie wyprowadzi w pewnym sensie oswojonych z tym ludzi z równowagi. Tak jak mas nie poruszyło przejęcie Trybunału Konstytucyjnego, ani nawet zaostrzenie prawa aborcyjnego; i jedno, i drugie było przyczyną chwilowych egzaltacji i krótkotrwałych emocji, które pochłonął bieg spraw. Mimo to aferę z Pegasusem należy traktować z najwyższą powagą, gdyż uderza ona bezpośrednio w jądro demokracji i w umowę społeczną. Tam, gdzie władza polityczna traktuje opozycję jak przestępców i do umacniania swojej pozycji czy wpływania na wybory używa metod państwa autorytarnego, służb, inwigilacji, propagandy, kończy się państwo prawa.

Zresztą sam Kaczyński, który niespodziewanie przyznał, że władza kupiła Pegasusa i go używa lub używała, a jednocześnie zbagatelizował całą sprawę, doskonale wie, że jest ona bardzo poważna, więc chciał w ten sposób rozbroić bombę. Nie do końca się to udało. Nie tylko dlatego, że zrobił głupców z tych, którzy dotychczas zarzekali się, że CBA takiego narzędzia nie ma. Także dlatego, że szpiegowanie senatora Krzysztofa Brejzy, gdy był on szefem opozycyjnej kampanii, potwierdzili nie tylko eksperci z Kanady, ale także Amnesty International. Tego nie da się już zbyć machnięciem ręką albo przemilczać jak wycieku maili ze skrzynki Michała Dworczyka, ponieważ sprawa ma międzynarodowy charakter i rozwojowy potencjał.

Szpiegowanie polityków i ludzi związanych w taki czy inny sposób z opozycją domaga się wyjaśnienia i rozliczenia z powodu konieczności ochrony istoty demokracji, ale zrobi to dopiero jakaś następna władza. PiS nie pozwoli teraz na powołanie komisji śledczej, nie zostanie wszczęte niezależne śledztwo. Polski Ład natomiast, zapowiadany jako program tysiąclecia, przynosi efekty natychmiastowe i wymierne. Krytykują go przedstawiciele administracji skarbowej, księgowi, przedsiębiorcy, nauczyciele, którym trzeba wyrównywać pensje, stratni emeryci i przyszli emeryci. Sytuacja jest krytyczna, skoro postawieni na równe nogi urzędnicy głowią się, jak zacerować dziury, a premier Mateusz Morawiecki, który dotychczas ze swadą chętnie opowiadał o "winie Tuska", nagle osobiście przeprasza. To trochę tak, jakby często przywoływany słynny szatniarz z "Misia" któregoś dnia przyznał, że jednak mamy pański płaszcz.

Wszystko to rodzi poważne konsekwencje polityczne. Władza czeka na prawdziwe sondaże, które pokażą, na ile problem jest dla niej dewastujący. Mówi się o dymisji szefa rządu i konieczności jeszcze nowszego otwarcia, by przykryć fatalne wrażenie, brak czternastej emerytury, inflację dobijającą dziewięciu procent, podwyżki cen gazu, powszechną drożyznę. Istnieje oczywiście niepopularna teoria, że w tym szaleństwie jest metoda i że wbrew ogólnym odczuciom Polski Ład finalnie uderzy przede wszystkim w elektorat opozycyjny, a elektorat pisowski lub potencjalnie pisowski oszczędzi lub będzie działał na jego korzyść. Ale w to, jak się zdaje, nie wierzą już nawet autorzy tej koncepcji.

Co może zrobić Kaczyński, by to przetrwać? Wymienić premiera albo zrobić kadrową rewolucję na innych stanowiskach, dolać oliwy do propagandowego ognia, pójść na ustępstwa i dostać unijne pieniądze, które dadzą mu swobodę składania atrakcyjnych obietnic, oraz staranować opozycję. Z tym ostatnim pójdzie mu najłatwiej, ponieważ póki co część opozycji taranuje się sama.

Przemysław Szubartowicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy