Reklama

Moc truchleje

Za kilka dni zasiądziemy do świątecznych stołów, przy których - wbrew deklaracjom, ale zgodnie z niepisaną polską tradycją - część z nas będzie rozmawiać także o polityce. Wybrańcy narodu zadbali o to, by podziały były jeszcze głębsze, a nienawiść dzieląca nawet rodziny wzrosła, choć to raczej rządzący są symptomem pokawałkowanego społeczeństwa, a nie odwrotnie. Tak czy inaczej, władza na te szczególne dni zostawia rodaków z odczuciem dojmującego chaosu i niepewności, a opozycja z przeświadczeniem, że nie jest w stanie się porozumieć i nie dorosła do wyzwania, jakie przed sobą stawia. W takim ujęciu wyborcy jednych i drugich mogą odnaleźć się przy choince we wspólnym dyskursie narzekania.

Formacja rządząca Polską zaczęła zdradzać objawy wewnętrznego gnicia i rozpadu. Nagły zwrot akcji w sprawie pieniędzy z Krajowego Planu Odbudowy, który miał ułatwić Zjednoczonej Prawicy rozkręcenie kampanii wyborczej, zakończył się kłótnią w rodzinie i tymczasowym wstrzymaniem prac nad nową ustawą sądową, po uchwaleniu której fundusze europejskie mogły zostać odmrożone.

Gdy wydawało się, że Mateusz Morawiecki zdołał przekonać wszystkich, że jest dogadany z Brukselą - rozpoczął nawet rozmowy z opozycją, by nie musieć liczyć na niechętnego w tej sprawie Zbigniewa Ziobrę - na scenie pojawił się Andrzej Duda i wywrócił stolik, a właściwie stanął w obronie łamania konstytucji. Nie zgodził się bowiem na propozycję, by dzięki nowym przepisom można było badać legalność wyboru mianowanych przez niego sędziów wskazanych przez wadliwie skonstruowaną nową Krajową Radę Sądownictwa.

Reklama

W ten sposób rządzący pokazali, że nie są w stanie ustalić wspólnego stanowiska w tak ważnej sprawie, a być może w żadnej. Morawiecki szuka kompromisu, bo wie, że Jarosław Kaczyński potrzebuje europejskich pieniędzy, by używać ich do łatania dziury budżetowej oraz pokazywać ich siłę w propagandowej narracji o własnej skuteczności. Ziobro, który szantażuje Kaczyńskiego swoim rosnącym antyeuropejskim radykalizmem, jest na wojnie z Morawieckim, więc każda porażka premiera go cieszy. A prezydent, który poczuł się pominięty, za wszelką cenę chce udowodnić, być może także sobie, że postąpił słusznie, dopuszczając do orzekania osoby wybrane w niekonstytucyjnej procedurze.

To już nie jest zjednoczony obóz, który przed siedmiu laty brał w Polsce władzę. To krusząca się grupa lekko wystraszonych sondażami prominentów, szykujących się do odwrotu na z góry upatrzone pozycje.

Wizerunkowa katastrofa, czyli wybuch w gabinecie szefa policji 

Jakby tego było mało, władza zaliczyła wizerunkową katastrofę po tym, jak wyszło na jaw, że w gabinecie szefa policji wybuchł granatnik i zdewastował sporą część budynku. Plątanie się w tłumaczeniach z pewnością przyczyniło się do tego, że główny bohater tego niecodziennego wydarzenia stał się przedmiotem niewybrednych żartów w przestrzeni publicznej, co trwale odebrało mu powagę i społeczne poważanie. Ucierpiała też cała formacja, która i tak nie ma szczególnych powodów do samozadowolenia, a teraz dodatkowo musi się mierzyć z oskarżeniami o nieprzestrzeganie procedur lub ich brak.

Dla partii, która pośród swoich głównych atutów wymienia dbałość o bezpieczeństwo, tego typu incydent jest rujnujący, choć zapewne długoterminowo nie będzie mieć większego wpływu na notowania. Twardy elektorat nie raz już bowiem pokazał, że potrafi niezwykle hojnie gospodarować pobłażliwością i wyrozumiałością.

Kosiniak z Hołownią - wyraźny sygnał

Po drugiej stronie barykady też niezbyt wesoło. W ostatnią sobotę w Płocku na zorganizowanym przez PSL spotkaniu z wyborcami jako gość Władysława Kosiniaka-Kamysza pojawił się Szymon Hołownia. To wyraźny sygnał, że o wspólnej liście opozycji można zapomnieć, ponieważ obu panom nie po drodze z Donaldem Tuskiem i prawdopodobnie będą chcieli przedstawić inną niż on propozycję na wybory. Gdyby powalczyli o wyborców niechętnych PiS i niekochających PO, mogliby uzupełnić opozycyjną układankę.

Nie jest to zupełnie pozbawione sensu w sytuacji braku zjednoczenia, które byłoby najkorzystniejsze dla opozycji z punktu widzenia szans wyborczych, jednak pod warunkiem, że obie formacje nie będą ze sobą konkurować i wzajemnie się zwalczać. Siła Platformy nie jest aż tak duża, by samotnie pokonać PiS, ani tak zdecydowana, by grać wyłącznie na solowe zwycięstwo, ograniczając rozwój mniejszych ugrupowań. Zepchnięcie ich poniżej pewnego pułapu finalnie byłoby korzystne dla Kaczyńskiego ze względu na metodę podziału mandatów D'Hondta.

A jednak na opozycji mało kto zaprząta sobie głowę takimi zależnościami i realną polityką, wikłając się w fochy, napięcia, dąsy, emocje, rywalizację i partykularyzmy. Jakby - wbrew wieloletnim zapewnieniom - wcale nie chodziło o zwycięstwo, tylko o dominację na własnym podwórku, co jest zaprzeczeniem wiarygodności i zniechęca niezdecydowanych.

Taki obraz polityki dostają Polacy do przemyśleń i rozmów na święta. Moc truchleje.

Przemysław Szubartowicz 

Dowiedz się więcej na temat: Przemysław Szubartowicz | felieton

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy