Reklama

Reklama

​Mężowie stanu przed mutacją

Szymon Hołownia, były pretendent do nieformalnej roli lidera opozycji, a nawet nowego zbawcy na białym koniu (podobno tak wyczekiwanego przez wyborców znużonych wojnami plemiennymi) ogłosił, że jego ugrupowanie nie planuje "koalicji przedwyborczej z nikim" oraz że chce się ścigać z Platformą Obywatelską "o jak najlepszy wynik". W ten sposób albo narodził się jawny pomocnik PiS-u, który nie rozumie, że jeśli rozdrobniona opozycja przegra z metodą podziału mandatów Victora D’Hondta, to wygra Jarosław Kaczyński i jego blok, albo dostaliśmy kolejny dowód na to, że część polskiej opozycji wciąż nie przeszła mutacji i bardziej nadaje się do przedszkola, niż do realnej polityki.

Wszystkie ugrupowania opozycyjne jednobrzmiącym chórem powtarzają, że ich nadrzędnym celem jest pokonanie autokracji, ponieważ bez tego nie będą mogły realizować swoich programów i naprawiać Polski, ale tylko niektóre z nich uzgodniły własne słowa z czynami. Jeśli bowiem ktoś twierdzi, że władza łamie konstytucję, Polska jest u brzegów polexitu, następuje putinizacja przynajmniej w sferze mentalnej, jesteśmy skłóceni z Zachodem i Stanami Zjednoczonymi, dewastowana jest edukacja, a kłamstwo króluje, to nie może jednocześnie udawać, że życie polityczne toczy się normalnym demokratycznym rytmem, można kłócić się o legalną aborcję lub inne nierealne do wprowadzenia w dzisiejszej Polsce postulaty, czasy nie są nadzwyczajne, a rywalizacja, a nawet walka po stronie opozycji jest symptomem normalności.

Reklama

Część lewicy chyba jako pierwsza przetarła szlak i już dawno uznała, że chce walczyć nie tylko z PiS-em (z którym zresztą usiadła do tajnych negocjacji, co zaowocowało rozległym pęknięciem w jej szeregach), ale także z Platformą Obywatelską, z "konserwatystami z PO", z "liberałami z PO", aby zachować pozory ratowania tożsamości, która manifestuje się na przykład pozytywnym stosunkiem do podwyższania podatków czy faworyzowaniem kontrowersyjnych "małżeństw homoseksualnych" zamiast coraz bardziej akceptowanych społecznie związków partnerskich. To dlatego niektórzy politycy lewicy swojego głównego rywala widzą raczej w Donaldzie Tusku, niż w liderze władzy, i mimo powtarzających się sondażowych niepowodzeń, mimo utraty elektoratu socjalnego na rzecz PiS-u, mimo nietolerancyjnej retoryki antyliberalnej, pragną, by nazywano taką postawę "konstruktywną", choć jest to raczej - trawestując Stanisława Jerzego Leca - pokazywanie języka wrogowi... przy podlizywaniu.

Ciekawe zresztą, że nawet były szef SLD Leszek Miller nie waha się dziś swoich niektórych kolegów z lewicy nazywać wprost przybudówką PiS-u, która nie dorosła do obecnego wyzwania, a także postulować, by to wokół Tuska - wokół ugrupowania najsilniejszego - budować porozumienie opozycyjne. No, ale Miller należy do nielicznego grona osób w Polsce, które rozumieją i politykę, i powagę sytuacji. Kiedy dziś oglądamy gorszący spektakl z próbą wypchnięcia Andrzeja Rozenka (który wyrasta na nowego lidera lewicy) poza nawias partyjnej działalności, znów przychodzi na myśl metafora przedszkolna, która stawia taki typ prowadzenia polityki na antypodach deklaracji o konieczności bronienia demokracji. Jak bronić demokracji, gdy hołduje się niedemokratycznemu stylowi?

Jeśli opozycja chce kiedyś wygrać z autokracją (którą nazywa wręcz dyktaturą), musi myśleć o maksymalnym porozumieniu, musi przestać wierzyć, że wspólne listy rozmywają i topią różnorodność, musi skończyć z mitem uwodzenia niezdecydowanych arlekinadami o koniecznych odrębnościach, musi zrozumieć, że bajeczki o "nowej jakości", "innej polityce", "trzeciej drodze", "rozbiciu duopolu" są dobre na czasy nudnego dryfowania, a nie wówczas, gdy suweren ma do wyboru marszałek Witek decydującą o reasumpcji albo prezydenta Dudę łamiącego konstytucję. Nie tylko doświadczenia historyczne, ale także współczesne - np. węgierskie - uczą, że skłócona opozycja zawsze będzie w opozycji, choć wypada zauważyć, że zdarzają się formacje, które wcale nie marzą o zwycięstwie, ponieważ chcą wiecznie narzekać, wiecznie czekać i wiecznie tęsknić za władzą, w takiej histerii znajdując sens własnego istnienia. Czy to polski przypadek?

Realna polityka - którą chyba najlepiej rozumie dziś w Polsce Tusk, a zupełnie nie rozumie Hołownia oraz zakochani w sobie z wzajemnością outsiderzy poprzebierani w operetkowych mężów stanu - polega także na tym, że nawet jeśli zło nazywa się złem, a "symetryzm" usuwa na margines jako oręż bezsensu, to jednocześnie ma się słuch i nie wystawia łatwych piłek przeciwnikowi, ponieważ wyborców lepiej zdobywać, niż opiłowywać, najostrzejsze słowa częściej zniechęcają, niż uwodzą, humanitaryzm nie wyklucza skutecznego pilnowania granic, wybory wygrywa się w centrum itp.

Trudno porywać się z łopatką (i wiaderkiem) na słońce.

Przemysław Szubartowicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy