Reklama

Reklama

Gumowe ucho z opóźnionym zapłonem

Władza, która przy pomocy antyterrorystycznego oprogramowania inwigiluje szefa sztabu formacji opozycyjnej podczas kampanii wyborczej - o czym donosi Associated Press - w normalnych warunkach demokratycznych powinna wylecieć w kosmos. Tak jak po aferze Watergate w Stanach Zjednoczonych ze stanowiska musiał ustąpić prezydent Nixon. W dzisiejszej Polsce tak się jednak nie stanie.

Nie tylko dlatego, że rządzący nigdy nie przyznają się do używania niesławnego Pegasusa do włamywania się na telefony opozycyjnych polityków (Krzysztof Brejza) czy nieprzychylnych władzy adwokatów (Roman Giertych) i prokuratorów (Ewa Wrzosek), a wszelkie podejrzenia zrelatywizują, zbagatelizują lub ośmieszą. Głównie dlatego, że ten niebywały skandal, to zwieńczenie dotychczasowych przekroczeń autokracji zrobi wrażenie tylko na nielicznych. Bo tylko nieliczni wierzą jeszcze, że świat umowy społecznej i odpowiedzialności politycznej nie został zahibernowany, o ile nie trwale unicestwiony.

Reklama

Żądania powołania komisji śledczej, gruntownego wyjaśnienia sprawy, unieważnienia i powtórzenia wyborów 2019 roku - choć słuszne i zrozumiałe - pochodzą właśnie z tamtego świata, w którym o wiele mniejsze skandale kończyły kariery polityczne, wyostrzały społeczne oczekiwania, wzmacniały standardy. Od kilku dobrych lat - posłużmy się tą metaforą - na scenie bryluje barbarzyńca, który oznajmił światu, że to on jest prawem, on jest źródłem uniwersalnych reguł i to on, a nie instytucje do tego powołane, będzie rozstrzygał wszelkie spory. Opinia publiczna - nie licząc krótkotrwałych spazmów niekonsekwentnego oporu - dobrowolnie uznała jego prymat.

Jest znakomity wiersz Zbigniewa Herberta - "Pan Cogito o postawie wyprostowanej" - który wprawdzie pochodzi z zamierzchłych czasów, ale dobrze opisuje ten stan poddaństwa. Wybucha "epidemia instynktu samozachowawczego", więc obywatele zamieniają się w poddanych, "nie chcą się bronić", "uczęszczają na przyspieszone kursy padania na kolana", "biernie czekają na wroga", "piszą wiernopoddańcze mowy", "szyją nowe sztandary", "uczą dzieci kłamać", a poza tym nic się nie zmienia, jest więc "handel i kopulacja". Obrona praworządności uchodzi dziś za ekscentryczny eksces, bo życie w swej naturalnej formie toczy się dalej. Nawet jeśli jest to życie na podsłuchu, z dublerami w sądach, w beznadziejnym konflikcie z Zachodem.

Skąd się bierze takie współczesne odrętwienie, które zamienia świadomych obywateli w bezwolnych poddanych? Tęgie umysły szukają odpowiedzi wszędzie, tylko nie tam, gdzie ona jest. Dekadenccy pisarze rozliczają pokolenie wolnej miłości, którego idee upadły i zamieniły się w swoje przeciwieństwo. Lewicowi prorocy stają się obskuranckimi inkwizytorami, którzy powołują do życia sztuczną moralność i pożyczają od prawicy purytańskie obyczaje. Specjaliści od polityki dostrzegają, że zamienia się ona w komiks, ale na tym diagnoza się kończy. Tymczasem prawda jest jak zwykle banalna: oczy suwerena są szeroko zamknięte, ponieważ tak jest wygodniej, bezpieczniej i spokojniej.

Kaczyński w Interii o Pegasusie: Doradzam taki telefon, jaki ja mam

Afera inwigilacyjna dziś nie będzie miała wielkiego wpływu na aktualny bieg zdarzeń, ale tak naprawdę jest bombą z opóźnionym zapłonem. Wybuchnie ze zdwojoną siłą, gdy kiedyś zmieni się władza, a wiatr historii przywieje konieczność dogłębnych wyjaśnień i prawdziwych rozliczeń. Czegoś tak namacalnego, tak konkretnego nie da się bowiem zamieść pod dywan. Zanim to się stanie, opozycja będzie musiała wygrać nie tylko z D’Hondtem, urzędem propagandy, narcyzmem pomniejszych liderów, ale także z gumowym uchem władzy.

A to wcale nie musi być najtrudniejszy przeciwnik.

Przemysław Szubartowicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje